![]() |
|
Łukasz Jedynasty NO IDEA 3: Maciej. Pierwsza krew Maciej był wzorowym uczniem. Zawsze czysto ubrany, spokojny, nakuty na każdą lekcję (jak na kujona przystało). Pech chciał, że Maćka porwała Amerykańska Autonomiczna Armia Autokreacji Azerbejdżanu Afrykańsko-Azjatyckiego (w skrócie 7xA). Tak więc 7xA porwała młodzika gdy miał jeszcze 21 lat. Smarkacz jakimś cudem spieprzył, a my... to znaczy ta armia (ale wpadłem) została zbombardowana przez irackie samoloty Iryda. - Stać! Stać! Nie ruszać się! Mamy cię generale Piętobrody! - A niech cię szlag trafi na miejscu, Gąbka! Dorwałeś mnie spryciarzu, ale lepiej nie próbuj strzelać, bo wszystko leci w telewizji... - O, przepraszam... Myślałem, że już po programie... Ale spaprałem, przepraszam, generale! - Nie ma sprawy, wy w Interpolu też możecie się czasem pomylić. Ale baran! Przecież ja piszę książkę i nie robię żadnego programu telewizyjnego. O cholera, lepiej wyrwę tę kartkę, bo ten gliniarz jeszcze to kiedy przeczyta... O kuchwa, backspace się zaciął! A dobra, przecież i tak jutro zwiewam do Meksyku. O kuchwa, wydało się... Żartowałem (mam nadzieję, że nikt i tak nie przeczyta tego wstępu, no chyba, że ta książka stanie się lekturą szkolną). Tak więc Maciek uciekł. W domu czekała na niego... nie, nie. Nie rodzina tylko kartka pocztowa: "Obywatel Maciej Brzdąkadełeczko-Szczupak proszony jest o stawienie się przed okręgową komisją poborową [...] Proszę przyjść bez rodziców" Maciek postanowił symulować. Najpierw chciał sobie uciąć, no tego, hihi, siurka, hihi... ale mama mu powiedziała, że jeśli sobie obetnie, to czym będzie robił siku. Maciuś wpadł na pomysł, aby zwiać do Meksyku... O psia kość! Znowu się wydało... To znaczy chciał on spieprzyć na Seszele. Już pakował walizki, wtem do jego pokoju w hotelu ktoś zapukał: - Kto tam? - Pokojówka... Przyniosłem, to znaczy przyniosłam karabin... Nie, dwa karabiny, nie, nie, żadnego karabinu. Tak naprawdę to przyszedłem z herbatą, z kawą... Nie... Przyszedłem cię zabić. O kurwa, zdradziłem się... Żartowałem, przyszedłem cię utopić... Nie, sorry, jestem tu po to, aby... Zaraz, zapukam jeszcze raz... [...] na Seszele. Już pakował walizki, wtem do jego pokoju w hotelu ktoś zapukał (chyba mam deja vu): - Kto tam? - Gestapo! Nie, nie, pokojówka, oczywiście... - Już otwieram. Maciek czuł, że za drzwiami stoi płatny zabójca, który ściga go za niezapłacenie rachunku za gaz. Szybko wyskoczył przez okno, a że mieszkał na 31. piętrze leciał długo. Zdążył wypić butelkę Pepsi (ach, te kryptoreklamy), zjeść pizzę w okolicznym barze, przeleciał trzy Urugwajki, złożył rezerwację na samolot na Seszele, zadzwonił do Audio-tele, zrobił jeszcze wiele innych rzeczy... Ziemia zbliżała się nieubłaganie... Widział uciekające godziny, minuty, sekundy... O cię w mordę! Gdzie mój zegarek. O jej! Znowu zaciął się backspace... W końcu jego wyjątkowo chude ciało doleciało prawie do podłoża, gdy nagle Maciek przypomniał sobie lekcje W-F ze szkoły średniej i dosłownie w ostatnie chwili złapał się lecącej jaskółki. Pewnie się zastanawiacie, jak tama malutka jaskółka mogła unieść człowieka. No właśnie... Jak? Bez sensu... Jeszcze raz... [...] wtem do jego pokoju ktoś zapukał (chyba mam deja vu) - to znowu to potworne uczucie deja vu: - Kto tam? - Gestapo! Nie, nie, pokojówka, oczywiście... - Już otwieram. Gdy Maciek otworzył drzwi do jego pokoju wpadł portugalski terrorysta: - Dobra Kwaśniewski! Teraz jesteś mój. Choć tu kocurku... Zrobimy to, co lubisz najbardziej. Ściągaj majty i podaj mi mydło... - Ale ja jestem Maciej Brzdąkadełeczko-Szczupak i jestem hetero... - Co? Ty szowinistyczna świnio! Kobiet mu się zachciewa, tak? Nie ze mną te numery Olek! Dzwoniłeś, że mnie potrzebujesz... - Ale ja nie jestem nawet prezydentem... - To z kim ja rozmawiam?! - Z dezerterem... to znaczy z uczniem... - A to masz. Terrorysta ubrał bieliznę i wyskoczył przez okno. Niestety, żadna jaskółka nie chciała go złapać... Zostawił on jednak Maciejowi paczkę: "Przesyłka z Wiednia. Otworzyć tylko w samotności i na najwyższych piętrach budynków (inaczej zginął niewinni)" Tak głosił czerwony napis na przesyłce. Maciek wiedział, że jest tam coś, co zamówił z Iranu. Delikatnie rozciął sznurki na kartonie i wyciągnął to, na co oczekiwał. - Tak jest! Teraz nikt już mi się nie postawi... Gdy tylko zjem tą żółwiową zupkę... Nagle do jego przyczepy kampingowej ktoś wrzucił granat. Maciek szybko rozciął owoc i wypił sok, którym poplamił sobie koszulę. Zobaczył zieloną kartkę przyczepioną do cegłówki. Na tym skrawku papieru widniał czarny napis: "Ty cymbale! Po przeczytaniu tego obraźliwego tekstu Maciuś spakował się i wypłynął skradzionym wcześniej jachtem w poszukiwaniu autora tego listu. Płynął bardzo szybko - około 3 metrów dziennie. Po dwóch tygodniach przebył prawie 90 mil, ponieważ 'Coast Guards' - amerykańskie siły ochrony pogranicza musiały go holować do Nowego Jorku. Tam Szczupak stanął przed komisją deportacyjną. Sędzia spytał Maćka, czy ten przyznaje się do winy. - Mr. Masciey Bs... Ksch... Pshencheckievich Shchuphack... Are you guilty? - No, man! - OK, Give me the next patient! Po przesłuchaniu Maciek postanowił pojechać do Meksyku... O w mordę... Oczywiście postanowił pojechać do Brazylii. W tym przepięknym kraju, gdzie ludzie żyją w totalnej nędzy i mieszkają w slumsach i w kartonach, Maciek postanowił przygotować ofensywę na Green Peace. W tym celu poszukał w Kolumbii odpowiedzialnych ludzi, którzy znają się na rzeczy. Znalazł czwórkę najemników: Franka Kluiverta (który nie jest spokrewniony z Partickiem Kluivertem, jakby wskazywało na to nazwisko), który znał się na szwajcarskim serze; Andy'ego Go'otę, który nie jest spokrewniony ze swoim bratem bliźniakiem, a zna się na wszystkim, co jest związane z boksem; Michaela JACKSONA (nie, nie... nie Jacksona, bo to jest skrót: Jedyna Agresywna Centralna Kurwa Samoistnie Oddająca Narządy Anarchistom), który(a) potrafił(a) dać... No tak... Tak więc ta czwórka... A niech to... Wymieniłem tylko trzech... Przecież mam zjebany backspace, więc niech tak zostanie. Tak więc ta trójka... Ale razem ze Szczupakiem to czwórka! Więc było dobrze... Tak więc ta czwórka pojechała do Sydney pociągiem relacji RioDeJanerio-NewYork-Warsaw-Tokyo-Moscow-Sydney wyruszającym co tydzień w piątki o godzinie 7.13, chociaż teraz się spóźnił i nasi bohaterowie musieli wsiąść do innego pociągu, tym razem British Airways relacji Węgorzewo-Więcki-Budry-BanieMazurskie-Gołdap-Sydney o godzinie 7.11 w każdą ostatnią niedzielę roku 1992/93. Tak więc gdy znaleźli się w Sydney okazało się, że wcale nie lecieli samolotem B.A., tylko jechali pekaesem i dotarli do Suwałk. Szybko ruszyli za wschodnią granicę. W Japonii na lotnisku czekał na nich Marcus Cingciang, który jest ambasadorem Paragwaju w Patagonii. Maciek podszedł do niego. - Cześć Marcus! - Dla ciebie gnoju panie Cingciang Cio De La Cortese Nazario A Bologne Simeone Signiori Batistuta Ortega Cortez da Del Piero. - Dobrze Marcusiku! - Powiedziałem ci przecież, jak masz się do mnie zwracać!!! - Niech mi pan wybaczy panie Cingciang Cio De Co... - ...rtese... - A tak, Cortese Nazario A Bologne Sieone Signiori Batistuta Ortega da Del Piero. Mam bardzo mały interes... - To niech pan idzie do chirurga plastycznego. On z mojego zrobił olbrzymie narzędzie rozkoszy... Powołasz się na mnie... - Nie chodzi mi o penisa. Mój ma 24 centymetry i... - O ty dziadu! Przyleciałeś tu po to, aby się ze mnie nabijać, co? Wcale nie jestem gorszym kochankiem niż ty, cioto! - Cioto!? Ależ panie Marcusie Singciang [...] da Del Piero. To był twój błąd... Michael, Andy, Franek... Zabijcie go! Po zabiciu Marcusa Cingciang Cio De La Cortese Nazario A Bologne Simeone Signiori Batistuta Ortega Cortez da Del Piero (wszystkie człony tego nazwiska są tylko przypadkowo podobne do nazwisk słynnych piłkarzy z Włoch i Argentyny) grupa postanowiła obrobić bank. - Będziemy potrzebowali dużo ludzkiego nawozu... - Macieju, Franek ma sraczkę! - Zabij go, Andy! Tak więc została tylko trójka... Maciej podczas srania na Ekonomiczną Filię Bankową Wolnego Miasta Tokio i Niezłej Klasy Burdel Objazdowy Ltd. GmBH S.A. z o.o. (znak towarowy zastrzeżony, niestety) dostał zaparcia i wszystkie plany szlag trafił. Banda musiała zadowolić się zagrabionymi 5-cioma milionami dolarów. Gdy byli już silni na tyle, aby włączyć się do gry, postanowili założyć NBP (Niezależny Burdel Publiczny). Szefem stał się Michael, który także świadczył usługi zarówno panom, jak i paniom. Andy i Maciek postanowili wyjechać na podbój Włoch. Wsiedli do pociągu byle jakiego (nie dbając o bagaż, nie dbając o bilet - patrząc jak wszystko zostaje w tyle) i w ten sposób z Tokio dojechali na Sycylię. Tam postanowili zgnieść tamtejszą mafię. Maciuś pragnął rządzić światem. W tym celu kupił sobie Amigę 500 i grę "Settlers". Gdy grał z wywalonym jęzorem przez dwa tygodnie do jego totalnie ściśle tajnej kwatery w kanałach pod domem publicznym przy placu Mussoliniego w St. Etienne wszedł dziwnie ubrany facet. Miał czarne buty, czarne spodnie, czarną marynarkę, czarne okulary i ciemną skórę... - Hello, my name is Joe! Facet w czerni próbował zagiąć Szczupaka swoją angielszczyzną... - Hie you! Aim yor beast-frient. Reemamber mee? - What are you talking about? - O sorry... Ar yo tolking anglisch? - Ja, ja... Anlisch bitte... - Nein! Nein! Ai asck yo, wchat yo ar? - I'm Agent J. Who are you do ciężkiej cholery?! - Ha! Mam cię Jurek! Wcale nie jesteś żadnym agentem! - O rany Maciek! Zawsze byłeś bystry... - Jak cholera, nie... Po tej krótkiej konwersacji Maciej i Jerzy postanowili przełamać pierwsze lody. Maciek wziął łom a Jurek siekierę. - Zobacz Jurek jaką wyrąbałem przerębel! - No. - A ty wyrąbałeś? - No. - Fajnie, co? - No. Ta inteligenta rozmowa miała swoje podteksty. Obaj mówili szyfrem. Teraz zdeszyfrowana wersja tego dialogu: - Trzeba zbombardować Waszyngton! - Ale jak to zrobimy? - W Iranie mają świetne F-16. - Po ile? - Trzy razy taniej niż w Pakistanie... - O cię w mordę. Bierzemy... Był to szyfr nie do zdeszyfrowania, którego nauczyli się w podstawówce. Zaszyfrowane informacje zawierały błędną treść. Tak na wszelki wypadek. Tak naprawdę cała konwersacja przebiegała alfabetem morse'a, stukając nogą w czoło. Oto prawdziwa treść: - Widziałeś tą lalunię z Paryża? - No. Ale dupencja co? - Taką to bierzesz i jedziesz, a nie nasze dziewczyny: "może zaprosił byś mnie do kina i kolację i na lody i jeszcze weź ze mną ślub, wtedy będziesz mógł pociupciać". - Tak. Tam wsiadasz i jedziesz. - Prawda, jedziemy do Paryża... Ta konwersacja również była dla zmyłki. Oto totalnie zdekonspirowana i zdeszyfrowana rozmowa Jurka i Maćka: - Zimno mi. - Mi też. Idziemy na chatolca. Po powrocie z nad Sekwany Maciek i Jurek przybrali sobie fałszywe nazwiska. - Maciek, ty możesz być Piotr Kaczyński... - Żartujesz! Kto mnie przyjmie do pracy z tak beznadziejną nazwą. - No, tak... Przepraszam... Ale możesz być Bill Gates... Wtedy Maćkowi coś zabłysło w oku... Wyciągnął bazookę i strzelił Jurkowi prosto w głowę. Kawałeczki jego czaszki rozsypały się na przestrzeni 12-stu kilometrów, jego mózg... jaki mózg? Nie widziałem żadnego mózgu! Maciek postanowił odnaleźć tego, kto podrzucił mu obraźliwą kartkę do przyczepy kampingowej. Wiedział, że to ktoś z Green Spice... O bardzo przepraszam... To był przecież ktoś z Green Peace. Pomyliło mi się... Maciuś, jak na pacyfistyczno-anarchistyczno-socjalistyczno-militarystę przystało wziął karabin M-60, dwie skrzynki granatów, czołg, a nawet dwa czołgi, nie... trzy czołgi, dwa bombowce B2, siedem tysięcy dwieście trzydzieści osiem pistoletów maszynowych Glauberyt i cztery dziewczynki (Claudię, Naomi, Cindy i Jenny) do zabawy. Wypłynął swoim małym pontonem... Nie... Do pontonu nie zabrałby tego wszystkiego... Tak więc wypłynął małym okrętem desantowym... No dobra. Załadował wszystko na potężnego lotniskowca i popłynął na poszukiwania łodzi Green Peace. Gdy dopływał do wybrzeży Gwatemali zobaczył hitlerowskiego U-Boota, płynącego do wiślańskiego portu w Warszawie. Maciek załatwił Hitlerowskich Szwabolistów wystrzeliwując rakietę woda-woda (wyposażoną w czternaście głowic termonuklearnych, siedem głowic chemicznych i dwieście dwadzieścia ton roztworu zawierającego wirus Ebola. Nikt nie przeżył (na U-Boocie, oczywiście, bo na całej Ziemi to kilka osób zostało przy życiu). Po rozprawieniu się z Niemcami, Anglia wygrała z Holandią 4:3 w rzutach karnych (w przepisowym czasie gry był wynik 2:2, bramki strzelili: Alan Shearer i Michael Owen dla Anglii, a dla reprezentacji Holandii Denis Bergkamp i Edgar Davids). Holendrzy nie wykorzystali 29 karnych (zawiedli: Van der Saar, Cocu, Kluivert, Davids, Ronald de Boer, Frank de Boer, Seedorf, Blind, Valckx, Winter, Witschge, Overmars, Roy, Jonk, Bergkamp, Numan, Stam, Zenden, Reiziger). O kurwa!!! To nie jest Przegląd Sportowy!!! Ale wpada!!! Na czym to ja skończyłem (w sprawie tego opowiadania, oczywiście). Aaa... Eee... Mam... Tak więc Maciek rozwalił U-Boota. Dwie mile dalej płynął potężny jacht. Bosman z bocianiego gniazda krzyknął: - To Green Peace! Maciek wiedział, co robić. Natychmiast zszedł do ładowni i odpalił swój analityczny sprzęt komputerowy. Z wykresów jasno wynikało, że musi obrócić swój ponton... to znaczy Meksyk... to znaczy statek na północny zachód od strony zachodnio-wschodniej. Nakazał załodze statku przyszykować się do uderzenia. O godzinie 17.49 byli gotowi do ataku. John Stevalcik, kapitan okrętu, czekał na rozkazy od Szczupaka. - Dobra panowie! Ognia!!! - krzyknął Maciek i za chwilę ktoś podpalił mu cygaro. - Nie oto mi chodziło, głąby! Rozp... [e, cenzura] Inaczej: Zniszczyć ten jebany statek! Z okrętu Maćka wystrzelono czternaście pocisków termojądrowych, które trafiły w system nawigacji ruchem powietrznym. Amerykanie postanowili zniszczyć domniemanego napastnika i zaatakowali swoimi rakietami Chiny. Rozpętała się trzecia wojna... O kurcze, chyba przesadziłem. Jeszcze raz, bo żaden rodzic nie przeczyta tej książki swoim pociechom: - Ognia! Załoga Maćka rzuciła w jacht Green Peace dwie tony zdechłych kurczaków i trzydzieści dwie jeszcze żywe krowy. Przyszłość Spice Girls została poddana wątpliwości. Najpierw odeszła Ginger, potem Melanie B. Nagrały co prawda Goodbye, ale tylko... Niech to szlag trafi! Znów mi się powaliło! Kurdeee! Chodziło mi o przyszłość Green Day... Nie! Nie Green Day, tylko Green Berets. Najlepiej zacznę od początku, bo nie wiem na czym stanąłem: Maciej był wzorowym uczniem. Zawsze czysto ubrany, spokojny, nakuty na każdą lekcję (jak na kujona przystało). Pech chciał... Nie, to głupie! Lepiej nie będę pisał tej książki od początku, bo zniechęcę nawet najwytrwalszych czytelników. Tak więc: statek Green Peace uszedł z życiem. Maciek poczuł się niezwykle zdenerwowany: - Niech to szlag trafi! Niech to szlag trafi! Niech... Gdy ten klął jak szewc na mostek kapitański wbiegł bosman. Zaczął drzeć się w niebogłosy: - Ulie aja icho ci di eniore si collio deporto ka Brazile! - Uka mi skort a silont a? - Si! - Ilie aja si florio si collio a? - Si! - Kalia zi finia de kato!!! Szczupak wiedział, że jeżeli bosman mówił prawdę na temat tego przemytu w Brazylii to cała załoga statku musiałaby być powiązana z Organizacją Wyzwolenia Gęsi Domowych. Maciek wystraszył się i zabrał się za minowanie okrętu. Wsiadł do szalupy i odpłynął. Gdy był już wystarczająco daleko zdetonował radiowo ładunki. Błysk było widać na przestrzeni czterech metrów, bo zalało wszystkie ładunki i wybuchł tylko detonator osmalając gębę Maćka. - Aaaa! Kurrrdee! Niech to szlag jaśnisty... Ostatni raz kupuję na te petardy na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie! Niech to szlag! Krzyki Maćka usłyszeli rybacy. - E ty... debil? Cemu tak ksycys? - Spadać matoły! - Widzis Mietek! Od matołów nas tu wyzywa! My nie matoły tyko górale! Z Beskidu... - Uważajcie bo uwierzę! Co górale mieli by robić na środku Pacyfiku? Może łowicie rybki!? - Nic s tych rzecy! Nom sie łowiecki pogubiły i wroz z Mniotkiem sukamy, a nus znajdziem? - A to przepraszam... Nie, bo tyle jest teraz oszustów. W Meksyku..., to znaczy w Brazylii spotkałem jakiegoś gościa podającego się za prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jakiś Lewiński czy Monika... - Ła, to łotom łafęrę chodzi... My tutaj s Heńkiem słyseli ło tym. No wicie... radio momy, telewizornię momy, panienki momy... - A skąd panienki?! - Jakto skont? Jest tu agencyja towarzyska Pacifik Segz Klup... - Fajno się z wami gadało, ale muszę płynąć na zachód, żeby dogonić te stare k..., to znaczy muszę siusiu... - Tam niedaleko jest publiczny kibelek... - Ile czasu piechotą? - Jak bendzies biek to ze tydzień ci zajdzie! - Nie... Lepiej naleję w majty. Uczynił jak powiedział, ale zrobiło mu się głupio. Przypomniał sobie słowa swojej mamusi: "Synku! Jak jeszcze raz zlejesz się w gacie to ci kur... wpier...". Gdy dotarł do Australii plam po moczu nie było już widać. Wyszedł na brzeg i zobaczył piękną dziewczynę. Podszedł do niej i zagadał: - Hej lala! - Czołem Szczupak! Dziewczyna obróciła się i wtedy Maciek rozpoznał w niej swojego starego znajomego, który polował na niego przez kilkanaście lat w buszu, a także w borze sosnowym, w którym Maćkowi sowa nasrała na głowę. - A niech to wszyscy diabli! Jak mnie znalazłeś, Freddie? - Wyczułem cię po zamachu moczu twego! - Jakieg... A tak, jasne... Zgadza się. I co? Będziemy tak stali? - Nie, usiądziemy. Freddie położył się na plecach i ściągnął spodnie. - Choć tu, kiciusiu! Nagle, ni stąd ni zowąd na Freddiego skoczył tygrys. - Kurwa mać! Zawsze za dużo mówiłeeee... Kotek rozszarpał go na strzępy, a potem zjadł maliny, bo to właśnie z nimi czaił się na Maćka Freddi. Maciek zebrał trochę szczątków zabitego kolegi do foliowego worka i poszedł na południe. Szedł długo, aż wreszcie wieczorem tego samego dnia, po przejściu trzech tysięcy mil sześciennych zawędrował do Monachium. Postanowił odwiedzić starych kumpli, więc zaszedł do piwnego baru, gdzie podawano piwne piwo o smaku piwa. Barman wydał mu się znajomy, ale Maciek zbanalizował swoje przeczucie, które podpowiadało mu: "zwiewaj stary z tego burdelu". Podszedł do baru. - Dwie beczki jasnego piwa. Tylko żeby było mocne! - Maciek? To ty? - Nein! Nein! - A to bardzo przepraszam! Jakie miało być to piwo? - Ciemne... głuchy jesteś?! - No... niestety. Ale żaden głąb nie będzie wyzywał mnie od kobieciarzy. Ja wcale z tą Monicą nie robiłem klintona. Uwierz mi! Ty sukinsynu! To ty zabiłeś moją żonę, a potem z nią uciekłeś do Iranu i wzięliście ślub! To ty! Ty jesteś Maciek Brząkadełeczko-Szczupak! Tak? - Nie. - A to bardzo pana przepraszam. Musiało mi się coś pomylić. Wie pan, trepanacje czaski, transfuzja mózgu... - Tak, znam ten ból. Rozmawiali jeszcze bardzo długo. Po trzydziestej drugiej beczce drogiego wina Maćka zebrało na wymioty. Nie... Nie na wymioty, tylko na zwierzenia. - Wiesz Kurt. Mniałłem kiedyś płanienkę. Fajłna dupła... - No. Ja też miałem chłopaka. Miał znamię na lewym jądrze i... - Ja mam takie znamię! - To niemożliwe! Maciek, wróciłeś!!! - Juanita, to ty? - Ja. - Gdy widziałem cię ostatnio byłaś brazylijską modelką, co się stało, że stałaś się niemieckim barmanem? - A długa historia. Po ostatniej wyprawie moim statkiem na Kamczatkę ktoś wystrzelił w naszego U-Boota kilka rakiet. W szpitalu mój chirurg plastyczny pomylił się i teraz zamiast pięknej twarzy mam gębę Matthiasa Sammera. - To naprawdę przerażające! Jaki debil strzelałby w twojego... A tak, to byłem ja... Sorry, ale mnie wkurzyli ci z Green Plate. - Chyba River Plate? - Nie pouczaj mnie, buraku! Wiem co mówię. Green Peace to Green Peace, a nie tu mi chrzanisz o dyrdymałach potencjalnie obojętnych egzystencjalnie! Uważaj na to, co mówisz! Nie używaj frazesów których nie rozumiesz? Czy twoja erekcja zarezerwowała ten masage! W tej chwili Matthias wyciągnął pistolet. Przyłożył go do skroni Maćka i wystrzelił. Sammer upadł na ziemię, ogłuszony przez kilku szpiegów KGB, którzy zabrali ledwo żywego Maćka do Moskwy. - Ja naprawdę jestem tylko zwykłym mordercą z Polski! - Szto ty gawariśź? - Kak maja naroda... - Zamknij mordę Szczupak! Wiemy, że to ty rozwaliłeś nam siatkę szpiegów a Azerbejdżanie. - Co??? - Gdy byłeś porwany przez AAAAAAA wysłaliśmy dwudziestu naszych ludzi ze Specnazu, aby odbili cię, a ty ich zabiłeś. Potem co prawda zabiłeś wszystkich terrorystów, ale zawalenie prawie trzystu bandytów nie czyni z ciebie bohatera. Dlatego sąd jednoosobowy, w skład którego wchodzę ja wydał na ciebie wyrok... - Co??? - Jajco! Hehe, też oglądałem ten film. Najbardziej mi się podobało jak Pazurze ujebali kciuka i... Czemu mnie zagadujesz?! Za karę dwie kary śmierci! - Ależ... - Bez gadania! Kilku przystojnych chłopaków zabrało Maćka do celi. Tam go wykorzystali, ogrywając go w karty... Nagle Maciek podskoczył i na jednym wyskoku potraktował całą ósemkę z kopyta. - Już ci mówiłem, kurwa mać, masz zabić każdego uzbrojonego skurwysyna za nim on mnie zabije, rozumiesz? Nagle ni stąd, ni zowąd pojawił się cień Bogusława Lindy. - Eeee, ty! Szczupak! Uważaj na słowa gnoju jebany! - Eeee, cienkie! Powiedziałbyś coś ostrego. - Hehe, ryby się nie je palcami! - O ty w mordę... Rozwścieciony Maciek rzucił się na Lindę i zaczął go okładać kijem od motyki, którą dostał od swej babci z nieprawego łoża na swoje osiemnaste urodziny. Lindzie nie pomógł i Pazura, który przechadzał się właśnie niedaleko, ani też superpies, który leciał na północ. Święty Mikołaj zobaczywszy całe zdarzenie powiedział: - Wy skurwiele! Nie będzie prezentów w tym roku! - Przestań chrzanić dziadku! Przecież cię nie ma! - Jestem... - Nie... - Jestem... - Nie ma cię... - Jestem... - Nie... - Daj mi skończyć! Jestem z policji!!! Jesteście aresztowani! - Jakie my? - Tak się mówi, żeby było bardziej oficjalnie palancie! - Acha. Gliniarz zabrał Maćka do przedszkola..., tfu, zabrał go oczywiście na komisariat gdzie wśród chrząkających świń stała upaćkana w błocie i kurzym nawozie postać. Maciek podszedł do niej. - Czy my się czasem nie znamy, słonko? - Dla ciebie panie Marcus Cing... O cię w mordę krokodyla bengalskiego! Maciek! Jak miło cię widzieć! - Dobra stary cwelu. Spójrz jak wyglądają te dialogi. Zdania są zbyt krótkie, a od czasu do czasu musi coś chrumknąć narraror, kapisko? - Rozumiem... A więc Marcus zrozumiał, że ja tutaj rządzę... - Zaraz zaraz! Ale to ja jestem głównym bohaterem.... Ale ja jestem narratorem. Uf. Marcus zapłacił za Szczupaka kaucję w wysokości czterech dolarów i pięciu szylingów, bo nie miał dwunastu centów. Razem poszli do kawiarni, do kina, do masarni po mleko... O, przepraszam, ale właśnie mleko mi kipi, muszę iść do kuchni. Będę miał kakao. Ale co ja będę pieprzył, zaraz mi całą kuchenkę zapaskudzi. - E, Marcus... - No? - E, nic. Sprawdzałem czy jeszcze żyjesz... - A co? - Ten gościu co to pisze ma zamiar cię zabić... moimi rękami. - O nie, ten przebrzydły dziadek z lasu nie będzie mi... aaaaaa! W chwili gdy Marcus wypowiadał obraźliwe słowa Maciej wbił mu w głowę dwa kilofy po czym dla zatarcia śladów zjadł narzędzia zbrodni. Strasznie się objadł, bo wcześniej zjadł dwa kilo gwoździ w sklepie z artykułami żelaznymi. Gdy wybiła północ Maciek usłyszał czyjeś kroki. Podszedł do okna, wychylił się. Wtedy coś obrzydliwie pięknego chwyciło go za szyję i przycisnęło jego spierzchniałe wargi do swoich nabrzmiałych sutków. Wędrował on językiem w górę i w dół jej pięknego ciała. Agnes rozebrała się i położyła na plecach. Maciek był podniecony i spocony z wrażenia. Wilgotna dziewczyna wyciągnęła jego wielkiego gnata i przyłożyła mu go do skroni. - Dobra Brząkadełeczko! Mamy cię! - Jesteś z FBI? - Tak. - Scully? - Mulder? - Nie. - A to sorry. Wiesz to ciągle leci w telewizji... - Tak można popaść w rutynę. - Jestem Agnes Dżordżolino. - A ja Maciek. Masz ładne futerko... - A ty wielką spluwę, mały. - Wiem, to Smith&Wesson kaliber 44 magnum. - Łał! Bierz mnie... Maciek wziął dziewczynę. Robili to w różnych miejscach i pozycjach. Najpierw w kuchni na stole, potem w lodówce, później stojąc na głowach lub uszach. Gdy ciasto było gotowe zjedli piernik i położyli się do łóżka. Byli zbyt zmęczeni na seks. Pieczenie ciast to bardzo męczące zajęcie... Nazajutrz Maciek ujrzał na poduszce karteczkę: "Przepraszam cię Maciusiu, ale nie mogę tak dłużej żyć! Przez błyskotliwy umysł Szczupaka przemknęło tysiące myśli. Ta kartka pogrążyła Maćka zupełnie. Postanowił zrobić z sobą to samo co jego przyjaciółka - wyjść do sklepu po nowe ciuchy. Gdy Maciej kupował sobie nowe jeansy zobaczył kogoś, kto ukradł dwie bułki z działu spożywczego. Natychmiast rzucił się na złodzieja. Ten próbował się bronić, ale potężne ramiona Maćka przyduszały bandytę do podłogi. Maciek wyciągnął swój pistolet i przyłożył go temu zbrodniarzowi do głowy. - Zaraz będzie z tobą koniec, man! - Ale to tylko bułeczka! - Nie kłam w żywe oczy. Widziałem, że ukradłeś dwie bułeczki! - No dobrze, ale... Maciek skręcił kark temu terroryście. Trzask łamanego kręgosłupa rozległ się po całym sklepie. Zbiegli się ludzie. - Za co go zabiłeś? - Ten debil chciał ponieść dwie bułki. Myślał, że mu ujdzie płazem. - W dzisiejszych czasach nie można nikomu ufać. Zaczyna się od kradzieży bułek, a kończy na zamachach bombowych... Obróćcie tego delikwenta... O kurrr... To nasz kierownik. - Ale czasy! Nikomu nie można zaufać, nikomu... Po zatarciu śladów zabójstwa Maciek udał się do knajpy, gdzie ujrzał ponętną dziewczynę tańczącą na stole. Po skończonym striptizie podszedł do niej i zagadał. - Hej mała. Jak ci leci? - Wiesz... powili. Raz leciało ciurkiem, ale wtedy zacier poszedł górą, a i produkt był za bardzo mętny. Wiesz za dużo drożdży i cukru jak na dziesięć litrów wody... - Nie o to pytałem laluniu. Skoczymy do mnie? - Ja nie mogę, ale zapytam mojego brata... - Przecież nie pójdę z bratem, jestem hetero. - Ale mój brat skacze siedemnaście metrów... - Siedemnaście? - ... w dół. - Nie. Wolę ciebie. Dziewczyna skinęła głową i wyszli razem trzymając się za ręce. Gdy szli ulicą zajechał im drogę policyjny samochód. Wyskoczyło z niego czterech piekarzy. Nie, nie piekarzy... Czterech... Czterech pancernych, co to powrócili wierni... O psia mać! A mam! Wykoczyło z tego wozu czterech policjantów. Jeden z nich wyciągnął pistolet i wymierzył w Maćka. - Stój, bo strzelam! - Przeca stoję! - No to co z tego. Zawsze się tak mówi, co filmów nie oglądałeś? - A oglądałem kiedyś jeden, ale wyłączyłem bo chciało mi się spać... - Jaki to był film...? - Chyba "Wakacje w Meksyku". Zaraz tego Szczupaka każę zamordować! Prosiłem przecież o nie używanie nazwy tego kraju. Nie żebym chciał tam uciekać, skądże znowu. Ale to mnie kiedyś wprowadzi do grobu... albo głównego bohatera tej książki. - Dobra Szczupak! Ty jedziesz na komendę, a twoja panienka do mnie do domciu. Już dawno nie byłem z kobietą... - I nie będziesz! W tej właśnie chwili dziewczyna ściągnęła perukę. - Jestem Alfred z efbiaj! - O cię chromolę... Maciek wziął nogi za pas, ale że miał słaby pasek ten pękł mu i na komisariat musiał jechać bez spodni. Komisarz Anthoni Cotovitsch sam postanowił przesłuchać Maćka. - A więc jesteś Polakiem!? - Tak, niestety... - Jak to niestety? Ja też jestem Polakiem i jestem z tego dumny! - Ach tak, oczywiście że jestem dumny z mego pochodzenia. - Nie kituj mnie! Przejdźmy do śledztwa. Nazwisko ojca? - Brząkadełeczko. - Nazwisko dziadka? - Brząkadełeczko. - Nazwisko pradziadka? - Brząkadełeczko. - Nazwisko prapradziadka? - Groźny. - Jak to groźny? - Mój prapradziadek grał w piłkę nożną jeszcze przed jej wynalezieniem przez Anglików. Grał w ataku w klubie FC Barczebłona. A że był groźnym napastnikiem przylgnęło do niego Groźny. I tak już zostało Iwan Groźny. Potem był carem Rosji, ale to zupełnie inna historia... - O nazwisko matki nawet nie pytam. - Dlaczego. Przecież... - No dobra burku leśny. Jak miała na nazwisko twoja matka? - Szczupak. To widać z mojego nazwiska. Chociaż jej panieńskie nazwisko to Jackson. - To skąd ten szczupak? - To po mężu jej ojca ze strony babki jej matki szwagra siostry brata córki syna jego... - Wiesz co, idź do domu... Znudzony komisarz usiadł wygodnie w fotelu, zapalił kubańskie cygago i wykręcił krótki numer telefonu. - Halo? Charlie? Tak. Tak. No. No. No. Tak. Wyszedł. OK. Cześć. Maciek szedł do portu aby popłynąć do swej ukochanej wsi Strączynka Wielka koło Wrocławia, tuż przy granicy z Pakistanem. Niestety los chciał, aby Maciej nie dotarł na czas do portu. Niebiosa robiły chyba wszystko, żeby utrudnić mu życie. Najpierw nasrał mu na głowę bocian, a że bociany nie żyją w Australii było jasne, że było to jakieś zjawisko paranormalne. Potem ugryzł go krawężnik i został pobity przez hydrant, co wydawało by się całkiem normalne. Maciek stanął na minie przeciwpancernej, która osmaliła mu trochę nowe jeansy. Niestety, stało się nieszczęście. Maciek nadepnął na skórkę od banana i wywrócił się na wznak. Stracił przytomność. Australijscy lekarze nie mieli wątpliwości, że trzeba go wysłać do Stanów na operację Pustynny Lis. Maciek obudził sie w samolocie transportującym ochotników do Iraku. - Aaaa! Kurwa! Gdzie ja jestem?! - Witaam naa pokładziee. Baaczność! - Spieprzaj jankesie! Nikt nie będzie mi rozkazywał, oprócz mojej mamy, mojego taty, babci, ojca, matki, mamy, taty, brata, mamy, żony, syna, córki, mamy, matki, ojca i ojca. Rozumiemy się???!!! - To ja jestem kapitanem! Ja tu krzyczę i ja pytam, czy się rozumiemy!? Rozumiemy się?! Jak nie to won z samolotu! Maciek myślał przez chwilę i po chwili namysłu otworzył luk bombowy i wyskoczył z samolotu. Już miał otworzyć spadochron, ale przypomniał sobie, że go nie wziął. Chciał wracać do samolotu, ale ten był już zbyt daleko aby Maciek mógł go dogonić. Pozostało mu się jedynie modlić. Dobre moce były tego dnia z nim, bo Maciek szczęśliwym trafem wylądował na mięciutkiej, delikatnej trawce. Murawa była już trochę wydeptana. Nie słyszał własnych myśli, bo te zagłuszane były przez krzyczący tłum. Nagle podbiegł do niego jakiś ubrany na czarno dziadek i pokazał czerwony kartonik. Maciek domyślił się, że wylądował na Wembley. Pomogła mu w tym tablica świetlna, na której widniał duży napis "England - Poland 72:0". Postanowił przyłączyć się do gry. - Panie trenerze! Pańska taktyka jest beznadziejna, lepiej ustawić Juska w środku, Kowala i Mirka po bokach. Za nimi niech gra Tomek... - Kim jesteś, że śmiesz mi mówić co mam robić? - Jestem Maciek Brząkadełeczko-Szczupak! - Acha... Po zmianie taktyki przez Maćka polska reprezentacja w ciągu piętnastu minut zdołała wyrównać. Z radia dobiegał donośny komentarz. - Proszę państwa, ale mecz. Ile bramek, ile emocji... Ale teraz kolejna akcja Polaków... Kowalczyk do Trzeciaka, ten na lewo, tu jest David Trezeque, naturalizowany Francuz, podanie na prawo do Beckhama, ten przed siebie do Shearera, Oweeeen, goooooooool! Jaka szkoda! Mogliśmy wygrać! Ale teraz ładna akcja biało-czerwonych... Łapiński, strzaaaał... gooool! O kurwa, samobój! Niech to szlag! Ale bramka nie uznana! Dziewięćdziesiąta minuta już dawno za nami... Jeszcze jedna akcja ubranej na bladoniebiesko biało-czerwonej jedenastki... Świerczewski, trzydzieści, może pięćdziesiąt metrów... podanie do Bąka... strzaaaał... poprzeeczka... Juskowiak, Trzeciak, gooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooool!!! Coś niesamowitego! Gwizdek sędziego!!! Polska wygrała z Anglią na Webley! Dobranoc, żegna się z państwem Dariusz Szpakowski. Co za mecz... O przepraszam, na czym skończyłem? Eeee... Wiem! Tak więc Maciek pomógł trenerowi wygrać mecz na Wembley. Mimo, że dla milionów był już niemalże bohaterem, spokojnie wyszedł na ulice Londynu. - Hey! Guys! That's man is a traitor! - No, no... I'm not a traitor! I'm Polish... - Hey! Guys! He's a Pole! Hehe... Do Maćka podbiegło kilkunastu mężczyzn uzbrojonych w kije baseballowe, łańcuchy, topory, noże, siekiery, piły motorowe i broń palną. Maciek chciał uciekać, ale nagle przyszedł mu do głowy pewien genialny plan. Na dachu hotelu, pod którym stali napastnicy i on dojrzał duży balon reklamowy. Maciej szybko rzucił się na jednego z napastników i zabrał mu pistolet, z którego strzelił w jedno z hotelowych okien. Wypadające kruszyny szkła spadły na przechodniów. Jedna z kobiet zaczęła krzyczeć. Krzyczała tak głośno, że od natężenia dźwięku zaczęły kurczyć się metale. Kurczyło się również rusztowanie, które stało obok hotelu. Gdy było już dostatecznie małe Maciek wskoczył na nie, zabierając jednemu z napastników siekierę, którą odciął linkę przytrzymującą wspomniany już balon. Szybko przywiązał linkę do rusztowania i dzięki temu odleciał. Genialny plan... Po drodze z pozostałości rusztowania zrobił zapałki, dwa kanistry benzyny, sztucer, karabin maszynowy, amunicję, czołg, dwa myśliwce F-16, a może były to Su 27, nie... niemożliwe jest zrobienie dwóch Su 27 z jednego rusztowania... Zrobił jeszcze trzy lotniskowce, siedem lotnisk, osiem poligonów, dwie stacje orbitalne (Mir2 i Mir3) oraz całą gamę satelitów. Musiał to zrobić, bo inaczej usechłby z nudów, a tak przynajmniej miał jakieś zajęcie. Siódmego dnia odpoczywał, zgodnie z jego ulubioną książką kucharską. Dnia ósmego przez lornetkę (którą także zrobił z tego rusztowania... no co? nie wierzycie? przecież to zdolny chłopak) zobaczył malutką wysepkę. Gdy zbliżył się wystarczająco blisko (z bliskościowego punktu bliskości) swoim F-117A do tego malutkiego punktu na Pacyfiku domyślił się, że to Europa. Postanowił więc wylądować. Po sprowadzenia potężnej maszyny na ziemię nie mógł uwierzyć swoim oczom. Zobaczył tabliczkę "Zakopane". - Jeeeeeeeeeeesssss... - Zomknij no pasce! - A ty kto? - Jakto kto? Janicek! - Jaki Janicek? Masz narąbane, czy co? - Nie pirdol ino słuchaj: dawno dawno temu miał ci ja synecka, co to wyjechoł do skółki. Porwali go potem jakieście corty z jakiesciej armii. - Co to mnie, kurwa, obchodzi?! - Widzis panocku, gdyby mój Maciuś był teraz w domu, to by ci panocku wprał na kwaśne japko... - Maciuś? - Ano Maciuś... Ja go ino dwa razy w roku pańskim osiemdziesiontym siódmym widzioł na ocęta... Malusienki Maciuś Scupacek, Bząkadełecko maluśkie... - Tato?! - Maciuś?! - Tato!!! - Maciuś!!! - No! - Hehe... - Ale fajnie, że cię w końcu spotkałem... - Sybko leć no po okowitkę do dziadka... - To dziaduś żyje??? - Nu pewno! I mój dziadek zyje i jest zdrów... - Ale fajnie! A co z mamą? - Dzierga w domu onucki dla twojej, miało być, psysłej zony... - Mojej żony? - Pamiętos tom cytatom Joleńkę, co to puscała się ze wsystkimi ze wsi? - Tak, ale... - No to nie łona, ale jej siostrzycki córa... Maciek pobiegł do dziadka po wódencję i chlali całom, przepraszam
całą noc. Nazajutrz poznał swoją przyszłą żonę. Marysia szybko pobiegła do
kościółecka, gdzie kapłanecek zgodził siem na ślubecek. Maciek i Marysia
sybko siem łozenili, a weselisko było takie, ze łochocho... Pili cały bozy
tygodnicek, a potem drugi tygodnicek, tseci, cwarty i tak dalej. W ten
sposobek zyli długo i w duzej scęsliwości. Zyli do końca Światecka, bo
kometka łupnęła w Ziemię i wsystko zostało unicestwione. Opróc łocywiscie
Maćka i jego rodzinecki. Maciek wybrał siem na międzygalaktyczną podróż po
kosmosie. Ale o tym w książce Danikena "Maciek - człowiek, Bóg i dwa litry
czystego bimbru".
Twórca zarzeka się, że podczas pisania tego tekstu wcale nie przeginał z alkoholem, narkotyków nie brał wcale. Po prostu to taka choroba psychiczna... (a niech to, wydało się). © 1999 Łukasz Jedynasty |
(c) 1999-2009 Agnieszka i Łukasz Jedynaści
|