www.jedynasty.com - Agnieszka i Łukasz Jedynaści



Łukasz Jedynasty / Mariusz Danilewicz

NO IDEA 8:

Z rapertu polucji



       "Był to zwyczajny dzień w naszym skromnym komisariacie. Siedziałem jak wryty patrząc jak porucznik Jacek Filet przesłuchuje kilka prostytutek i czekałem na telefon od niego. Miał zadzwonić o 15-stej, ale na moim radzieckim zegarku marki 'Rakieta' była już 23:40. Pomyślałem, że czas najwyższy oddać go do naprawy... Aha, pewien porywacz, podający się Okiła Kurosawę, zażądał pięciu milionów dolarów za uwolnienie mojej narzeczonej, Magdaleny. Nie miałem pomysłu jak u cholery zdobyć tyle kasy, ale za wszelką cenę musiałem odbić ją z rąk bandyty. To nie będzie takie trudne, pomyślałem... Hmm... Ale... Uchocho... jedna z ulicznych dam nocy ściąga stanik... Przepraszam na chwilę..."

       - Co ty tam baranie piszesz? - zapytał komisarz szturchnąwszy Macieja swoją pałą w bok.

       - Ależ komisarzu... Przecież z tej drakońskiej pensji nie da się utrzymać. Nawet nie udawało mi sie wegetować. No co? Może nadal mam żyć na dworcu kolejowym w Piszczałkach?! Nie! To nie dla mnie. Piszę teraz swój wyimaginowany pamiętnik, na podstawie którego Wajda zrobi fajny film... A wie pan kto w roli głównej wystąpi? No co, nie wie pan? Banderas!!! I film będzie pierwsza klasa, Wajda potrafi... a Banderas...

       - Wajda??? Banderas??? - przerwał mu brutalnie. - Czy coś ci się przypadkiem nie pomieszało???

       - Ależ skąd, komisarzu. Już mam z nimi podpisaną umowę o to dzieło! - Maciej krzyknął z niepohamowaną dumą.

       - Znając ciebie nie będzie to żadne dzieło, tylko znowu jakaś chała...

       - Jak tak możesz?!?! Nie masz serca!!! I do tego nie znasz się na sztuce!!! - krzyknął w przypływie rozpaczy. Komisarz nie domyślał się nawet, że pod płaszczem powierzchowności brutala ala Szwajceneger kryje się krucha i delikatna istota, taki mały żuczek...

       - Ja nie znam się na sztuce? Ja nie znam się na sztuce?!? Przecież kolekcjonuję dzieła sztuki!!! - wrzasnął wściekle opluwając Maciejowi moje nowe lustrzankowe okulary, a fe.

       - A co komisarz ma w swojej kolekcji, jeśli wolno zapytać?

       - Mam kilka sztuk pałek, granatów ze dwie sztuki...

       - Przecież to nie sztuka!!!

       - Sztuka jest sztuka. I nie zawracajcie mi głowy głupotami. A teraz jazda do roboty!!!

       Brrrryyyyyym, bryyyyyyyyyyym, bruuuuuuuuum.... Pojechali...

       "Dobra, niech mu będzie. Ale to moja sztuka więc powinien się odwalić. Powiem mu, że odchodzę" - pomyślał Maciej. Zrobił jak pomyślał i tak też zrobił:

       - Panie komi... panie komisarzu - zaczął śmiało. - Ja bardzo chciałbym... to znaczy, że... nie w sumie... ja...

       - O ci do cholery chodzi, Szczupak?!

       - Ja chciałbym... chciałbym odejść z policji

       - Ależ Macieju...

       - Nie, nie próbujcie mnie zatrzymywać. Wiem już czego chcę. Chcę być... Chcę być... Chcę być... strażakiem! Albo lepiej zostanę prażoną kukurydzą, albo kurczakiem z rożna... Albo pizzą. Tak, mam ochotę na pizzę. Ale wtedy mogłyby mnie zjeść jakieś napalone żółwie... Nie, muszę się chwilę zastanowić. [Chwila zastanowienia]. Jeszcze minutka! [Druga chwila zastanowienia]. Tak! Mam! Ma pan rację, komisarzu. Moje przeznaczenie to praca w policji...

       - Ale ja chcę cię stąd na zbity pysk wywalić! Tak, wylatuj stąd. Najlepiej oknem, ty buraku ćwikłowy, ty! Ty sztuczna szczęko babci klozetowej... ty...

       Komisarz jeszcze przez parę godzin (czyli równo dwie) ględził jaki z Macieja ślamazara, fajtłapa... Ten więc odszedł ku zachodzącemu słońcu. Niestety, pomylił kierunki i trafił na Wschód. Nie miał problemów z przekroczeniem granicy polsko-ukraińskiej, ale co zobaczył dwa kilometry za nią przerosło jego wspaniałą wyobraźnię. Tak, to była kobieta. Duża kobieta, której nie rozumiał...

       - Hello my baby, hello my honey... - zaśpiewał radośnie na widok tej laleczki.

       - Ja tiebja nie ponimaju - odrzekła zmarszczywszy podreślone jaskrawoczerwoną szminką brwi.

       - Co ty mówisz?

       - Ja tiebja nie ponimaju - powtórzyła.

       - Nie rozumiem. Powtórz wolno i wyraźnie.

       - Ja tiebja nie ponimaju.

       - Chyba jestem głupi, ale naprawdę nic z tego nie rozumiem.

       - Goworisz po ruskij? - zapytała delikatnie, wodząc dłonią po krągłych, nagich piersiach.

       - Co? Co to ma znaczyć!? Co to za język??? Chyba pomyliłem kierunki.

       ... postanowił więc wrócić.

       - Wracam.

       I wrócił. Ale w Polsce już nic nie było takie jak przedtem. Jak potem też nie było, gdyż pot w spraju już się skończył, więc Maciej musiał się do wszystkiego przyzwyczajać od nowa. Począwszy od nowych zasad opodatkowania poprzez naukę korzystania ze zreformowanej służby zdrowia, na reformie szkolnictwa skończywszy. O tym będzie opowiadać ta książka - podręcznik survivalu dla rekinów giełdowych, czyli jak przetrwać w naszym pięknym kraju, w ojczyźnie Kopernika, Szopena, wódy, amfy, papieża i innych takich... Oto kilka dni z życia typowego mieszkańca naszego kraju - Macieja Brząkadełeczko-Szczupaka.

       Dzień 1.

       Wstało już słońce. Maciej spał w najlepsze, gdy u jego drzwi zjawił się listonosz:

       - Dzień dobry, poczta, dzień dobry!

       - Yyyy?

       - Poczta!!!

       - A.

       - Dzień dobry. Oto rozliczenie podatkowe za ubiegły rok. Dziś jest ostatni dzień, więc musi się pan streszczać...

       Nie wiedział w co się pakuje. Przecież nie płacił podatku, bo nie miał za bardzo z czego. Jego błyskotliwy rozum podpowiadał mu: "Uciekaj do Patagonii", ale Maciej był nieugięty. Wziął kalkulator i usiadł za swoim kuchennym biurkiem, z którego herbata leciała ciurkiem, woda kapała kurkiem, zagryzł kotleta ogórkiem i wytarł se gębę siur... Oj, przepraszam, zagalopowałem się... Liczył, liczył i liczył... Trwało to chyba z 10 godzin, choć Wojski grał jeszcze...

       Jaki Wojski? Aha... To ten jego sąsiad z parteru. Uwielbiał grać na trąbce różne diskopolowe hiciory, takie jak Dzwony Rurowe czy Echa Różowych Flojdów... No, ale bohaterem naszego opowiadania jest przecież Maciej. No więc z dochodu 12400 złotych (brutto) [zaraz wypchnę drugiego współautora przez okno, bo to on kazał mi pisać o podatkach... o, teraz coś strzeliło... tak, to nieudany zamach na tego *******] odliczył 21 procent podatku, odliczył stawkę dla ZUS'u (no co? chciał żyć godnie i wygodnie na emeryturze), ubezpieczenie zdrowotne... i jeszcze parę innych rzeczy. Już około godziny 23.47 był gotów do oddania swego ukochanego pita do najbliższego urzędu skarbowego. Acha, wynik jego obliczeń był w miarę pozytywny: dochód wyniósł -79 złotych... Stój! Zaraz, zaraz, przecież pozostała mu ulga podatkowa w związku z remontem mieszkania! Po korekcie, ponownych przeliczeniach bilans wypadł o wiele korzystniej. Tak, całe 34.2 grosze brutto, z których trzeba odliczyć podatek, ZUS... A więc -167 złotych i 15 groszy, to był jego dochód. Do godziny 00:00 pozostawało coraz mniej czasu. Wiedział, że jeżeli nie odniesie tego w ciągu tych pięciu minut naliczą mu odsetki, których w/g nowego systemu naliczania odsetek (nota bene niezrozumiałego nawet w Czeczenii) będzie za dużo jak na jego skromne dochody... Chodzi oczywiście o dochody oficjalne i legalne, gdyż Maciej pracując w nocnym klubie "Ogurasy" na stanowisku naczelnego striptizera zarabiał krocie... No, ale do rzeczy. Zostawało mu coraz mniej czasu.

       - Czasu coraz mniej zostało mi... - zaśpiewał zakładając buta na ucho.

       Po chwili Maciej zorientował się, że wszystko mu się pomyliło.

       - Ale ze mnie cep! Lewy sandał na prawe ucho... rany, coraz gorzej ze mną... Ale, ojej, czas ucieka!

       Miał rację. Wpadł do NUS-u (Najbliższego Urzędu Skarbowego) jak tornado. Wszystkie firanki uniosły się jak podczas burzy śnieżnej w Egipcie. Podszedł do okienka, wyciągnął formularz i drżącą ręką podał go przeuroczej pani, która przypominała mu z twarzy Gerarda Depardieu. Nie wiedział, że usłyszy to, co usłyszał. Okienko było nieczynne, musiał więc biegiem pędzić (nie, nie bimber) bimber... o w mordę... Na pocztę musiał pędzić i wysłać to listem poleconym (bimber poleconym? po co?).

       - Nieczynne.

       - Co?!

       - Okienko jest nieczynne! Musi pan biec...

       - Tak wiem, czytałem narrację.

       Rzucił się ku drzwiom. Na zegarku była godzina 23:58. Tak, tylko dwie minuty aby dostać się na 12 piętro sąsiedniego budynku. Postanowił być sprytny i udał się na dach NUS-u. Do przeskoczenia miał jakieś 8 metrów, ale nic nie mogło go już powstrzymać. Wiedział, że równie dobrze może zginąć tutaj, podczas skoku jak oddając PIT z parominutowym opóźnieniem. Odszedł kilka kroków i począł biec, najszybciej jak tylko potrafił. Gdy był już na krawędzi wybił się i... skoczył. Nagle coś przeleciało obok niego...

       - Cześć Macieju, co słychać?

       - Adam? Rany boskie, Maweesh, co ty tu robisz?

       - A, wiesz, że lubię sobie polatać...

       - Hm? - zapytał przebiegle Maciej.

       - No dobra. Żona powiedziała, żebym skoczył do sklepu po pampersy, bo nasze bejbi już wszystkie obsrało, więc lecę...

       - Mieszkacie tutaj? Nie w Wiśle?

       - Nie, wiesz stary jak zimno zimą było? A poza tym kry w dupę uwierały... Nie, to nie dla mnie... No nic, ja lecę po pieluchy, trzymaj się Maciej.

       - No cześć!

       Tak więc Maciej leciał dość długo, ale jego lot odznaczył się w powietrzu jakimś dziwnym zapachem kału. Tak, no cóż, miał gacie pełne... strachu. Nie doskoczył, ale zdołał złapać się krawędzi... W oczach miał śmierć, która wołała go słodkim, aczkolwiek cierpkim głosikiem. Jednak miał wystarczająco dużo sił, aby zanieść rozliczenie i mieć święty spokój. Podciągnął się niczym Kmicic na armacie i wszedł na dach. Przywiązał sobie do pasa linę i rzucił się z drugiej strony dachu. Czas płynął nieustannie i nieuchronnie oddalał Macieja od optymizmu. W duchu jednak wierzył, że mu się uda. Skoczył, znowu. Przeciął powietrze niczym motorówka taflę wody. Gdy był już na dole siła bezwładności szarpnęła nim na tyle mocno, że połamało mu kilka żeber. Wylądował, niestety bez telemarku, przez co sędziowie odjęli mu trochę punktów. Po chwili udało mu się dostać do Urzędu Pocztowego. Tak, był miejscu! Została mu tylko minuta, ale poturbowany Maciej szedł niestrudzenie. Jak gdyby nic się nie stało. Z nosa lała mu się krew. Strumienie tej czerwonej cieczy zamieniały świeżo wypastowaną podłogę w krwisty strumień. Był już blisko, bardzo blisko. Gdy doszedł do okienka uniósł się na moment i podał formularz uśmiechniętej pani. Wiedział, że jego samobójcza misja zbliżała się ku końcowi. Już nie zależało mu na niczym. Wypełnił zadanie i mógł być z siebie dumny. W świadomości ciągle biły mu dzwony, jakby na jego cześć. Wygrał bitwę, wygrał wojnę, oddał PIT-a! Kobieta z trudem uniosła formularz... Spojrzał na zegarek. Była już północ. Równo 00:00.

       - Zdążyłem? - wyjęczał cicho.

       - Tak, ale teraz mamy przerwę obiadową. Pan przyjdzie o 14-stej to panu to wyślę...

       Juz wiedział, że musi oddać zegarek do zegarmistrza. Wiedział także, że musi udać się do lekarza, ale to dopiero drugiego dnia...

       Dzień 2.

       Zerwał się o 20-tej z okrzykiem na ustach. Przeszywający ból świdrował jego umysł. Wczorajsza eskapada przypominała mu się z każdym ruchem ciała. Słońce już wzeszło. Z wielkim trudem udało mu się wygramolić ze swojego twardego łóżka wodnego. Bolały go wszystkie gnaty. Wciąż stał mu przed oczami budynek poczty...

       Po chwili odrętwienia, w końcu udało mu się wykasować ten obraz z pamięci i zacząć nowy dzień. Słońce co prawda było jeszcze bardzo nisko, ale wiedział, że aby dostać się do lekarza, musi się pośpieszyć... Więc najszybciej jak tylko mógł dokonał porannej toalety, na szczęście miał prysznic, więc ograniczył się do stania pod strumieniami gorącej wody. Następnie błyskawicznie ubrał się, co zajęło mu jedynie około godziny. Był głodny, ale resztki pizzy nie dały się nijak ukroić. Próbował wszystkiego, ale na nic. W końcu przyszedł mu do głowy pomysł, żeby pokroić ją piłą motorową. Szybko zbiegł do piwnicy i przytargał piłę do domu. Odpalił narzędzie, maszyna wypluła ze swojego wnętrza kłęby stalowosiwego dymu. Ułożył potrawę na stole i... bziiiitttt... uciął sobie lewą rękę. Szybko wstał, ubrał się (zapominając nawet o nausznych sandałach) i wybiegł na spotkanie z lekarzem...

       Ośrodek Zdrowia był wielki i przytłaczający. Swoim wyglądem przypominał mu krwiożerczą bestię. Czerwone zasłony w oknach, zacieki przypominające kły na ścianach, szare mury i przygnębiające otoczenie. Jedynie pani w okienku wydawała mu się bardzo sympatyczna. Podszedł więc pragnąc jak najszybciej zarejestrować się, gdyż płynąca nieustannie z jego ramienia krew nie dawała mu spokoju.

       - Czego?!?! - spytała delikatnie słodkim, aksamitnym głosem. Maciej został totalnie zaskoczony i w pierwszej chwili nie wiedział co się wokół niego dzieje.

       - Słucham? - zapytał wulgarnie.

       - Czego???!!! - słowiczy głos recepcjonistki wstrząsnął fundamentami Ośrodka Zdrowia.

       - A tak. Dzień dobry...

       - Dla kogo dobry, dla tego dobry... - odpowiedziała przymilnie. - Cholera jasna, telefon z pogaduszkami sobie znalazł... Dzień dobry, phi... Czego pan chcesz?

       - Chciałbym się zarejestrować do lekarza rodzinnego - odparł brutalnie Maciej. - Piłowałem pi... drzewo i odpiłowałem sobie rękę. Potrzebuję pomocy.

       - A... - recepcjonistka zamyśliła sie na chwilę. - Następny chory, tak? Codziennie przychodzi was tu setki. Co wy sobie myślicie, że co to jest? Jakaś placówka społeczna, czy co? - tu na chwilę urwała i zamyśliła się ponownie. - A więc do rodzinnego, tak? A po cholerę???

       - Już mówiłem, nie mam ręki... A poza tym źle się czuję, mam ponadrywane ścięgna i zaraz chyba zemdleję...

       - Patrzcie go!!! - szepnęła czule. - Jeszcze mnie tu mdleniem będzie straszył, smarkacz!

       - Nie chcę nikogo straszyć... - odpowiedział bezczelnie. - Ja naprawdę źle się czuję...

       - No dobra, niech będzie rodzinny... Pana numerek to 184.

       Maciej szczęśliwy, że udało mu się przebrnąć przez pierwszy etap tego złożonego procesu udał się pod drzwi lekarza... Jego oczom ukazał się straszny widok... Kolejka zajmowała prawie cały korytarz i część schodów.

       - Przepraszam najmocniej - wrzasnął na wystraszoną staruszkę. - Czy mogłaby mi pani powiedzieć który numer już poszedł?

       - A co pan taki ciekawy, he?

       - Po prostu chciałbym się zorientować jak długo będę tutaj stał...

       - Bez viagry długo nie postoi. Hahaha!!!

       - Jakiej viagry??? O co chodzi??? Nie rozumiem...

       - Viagra, takie małe niebieskie tabletki. Po viagrze stoi nawet trzy godziny...

       - Ale kto stoi?

       - Penis! A co miałoby stać?

       - Widzę, że się nie zrozumieliśmy, chciałbym się zorientować ile czasu będę musiał stać w tej kolejce...

       - Aaa... To trzeba było tak od razu. Przed chwilą został wywołany numer 3.

       - Jest pani pewna, że trzeci???

       - A odczep się pan, co pan jakiś z telewizji czy co, zboczeniec, ja tam nie chcę występować w tych waszych dziennikach i innych durnotach, w cholerę... no bo Andzia, moja siostra to kiedyś poszła sama, a ja jej mówię weź Stacha, to całkiem inaczej gdy ma się skarpetki, co nie? Ale ona swoje, że samochód musi być wygodny, bo inaczej to dzieci będą sikały... No ale mój szwagier to miał pięcioro i wcale nie miał samochodu i nie sikały, wystarczyło, że im powiązał supełki na siusiakach...

       - Jezus Maria, supełki na filutach? - Maciej skrzywił się. - Jak, rany boskie...

       - Ale oni woleli jeździć na nartach niż biegać w maratonie i wcale im się nie dziwię, bo ich babka to też niezła klępa była, jak mojemu stryjowi ze strony babki podłożyli granata do koszyka z malinami, chociaż czuję się lepiej, dziękuję, ale boli mnie w krzyżu...

       [circa about 5 godzin później]

       - A Jadzia, kuzynka od strony matki szwagra mojego trzeciego to poszła na studia, ale zaraz wróciła, bo Alojzy zapomniał, że mleko nastawił i całe wykipiało...

       - Numer 182!!! - pielęgniarka wywołała kolejną osobę stłumionym szeptem. - 182, do cholery! - powtórzyła ciepło.

       - O, to ja teraz idę... Pan tu stój, to ja panu opowiem co było z Alojzym, jak mu to mleko...

       - Idzie pani czy nie?!

       - A idę, idę... - rzuciła staruszka i zniknęła za grubymi drzwiami lekarskiego gabinetu.

       Maciej czekał. Nie miał już sił, miał dość wszystkiego. Pragnął tylko szybkich oględzin i skierowania do szpitala... Po kilku minutach pielęgniarka wywołała subtelnie numer 183. Maciej ucieszył się i ruszył do przodu...

       - Nazwisko?! - zapytała pielęgniarka.

       - Brząkadełeczko-Szczupak... Maciej Brząkadełeczko-Szczupak...

       - U jakiego pan lekarza jest?

       - U doktora Pasóły...

       - To po jaką cholerę pan się do doktora Giereza rejestrował, co? Czytać pan nie umiesz? Tam pisze chyba, na drzwiach, jak byk Aleksander W. Gieres...

       - Ale ja... moja ręka...

       - Dupa tam! Idź pan się zarejestruj u swojego rodzinnego, a nie tu marnujesz czas i pieniądze tych biednych lekarzy...

       - Ale... - Maciej próbował prosić o pomoc siostrę, ale ta była nieugięta.

       - No idź pan, idź... Na dół i w lewo. Tam się pan zarejestruj...

       Maciej postanowił usłuchać szczerych rad pielęgniarki i zszedł na dół. Nie mógł ustać, opierał się więc o ściany wysmarowując je cieknącą nieustannie z rany krwią... W końcu doszedł do okienka, w którym siedziała sympatycznie wyglądająca pielęgniarka.

       - Dzień dobry...

       - Yhy... - odpowiedziała mu opiekuńczym, aczkolwiek znudzonym głosem. - Co chciał?

       - Ręka. Piłowałem pizzę, piła mi się wyślizgnęła i uje... ucięła mi rękę. Potrzebuję pomocy.

       - U jakiego doktora pan jest?

       - U Pasóły, chyba...

       - Pasóła... Pasóła... No tak, nie ma go - odpowiedziała radośnie, po czym zamknęła okienko.

       - To co ja mam teraz zrobić? - zapytał Maciej, przerywając chamsko posiłek biednej, wystraszonej pielęgniarce.

       - A co mnie to obchodzi?! - zapytała zdziwiona. Obróciła się do siedzącej obok koleżanki. - Widzisz, Ela... Przyjdzie taki i nie wie co ze sobą zrobić. Boże, co za ludzie teraz... No i wiesz, ona poszła do tego sklepu, nie przymierzyła i...

       - To nie ma żadnego lekarza? - ryknął Maciej.

       - Nie ma!!! I nie będzie!!! - odpowiedziała mu delikatnie. - Jest tylko doktor Gierez w zastępstwie, ale do nagłych wypadków...

       - A to...? A to nie jest nagły przypadek...?

       - Może tak, może nie. Idźże pan do domu, jutro doktor Pasóła będzie i pana przyjmie... Proszę przechodzić, o tamta pani chyba ma grypę, a pan tu czas marnuje! Bezczelny! No i nie przymierzyła i...

       - Przepraszam najmocniej, ale mnie zaraz krew zaleje... Proszę, niech pani mnie zarejestruje, bardzo proszę... O, kupię pani czekoladki...

       - Hm?

       - ... i kwiaty...

       - Hmm?

       - ... i koniak dobry...

       - Hmmm... No to tak, bardzo proszę, już pana zapisuje. Będzie miał pan numer "0", w końcu to nagły wypadek... Jak się pan nazywa?

       - Brząkadełeczko-Szczupak... Maciej...

       - Jaka kasa?

       - Branżowa...

       - Yhy... Dobrze, dobrze... Jak? Brząkacz? No cholera jasna! Jakby się pan nazywał Zięba albo Wirus to był pana zapisała, mam to pod ręką a tak to aż na drugim końcu sali... Ech, wstawaj, idź, szukaj... Czemu się pan nazywa?

       - Bo rodzice...

       - Co rodzice? Co rodzice? Najlepiej na rodziców, prawda?

       - Ale moi rodzice nie żyją już.

       - W dodatku świętej pamięci! Wstydź się pan, wstydź się pan! O, Ela, Ela, daj mi tu Brząkadełeczko Macieja... No, teraz sprawdzę tylko czy doktor Gierez nie jest zajęty...

       Siostra nacisnęła klawisz interkomu. Poprzez pusty korytarz przebiegły fale głośnego pisku aparatu telefonicznego, odbijające się echem od ścian i zasranych prze gołębie szyb...

       - Hmhm, panie doktorze, jest pacjent.

       - Kurwa, to już  drugi w tym tygodniu! Co oni sobie myślą, że ja jestem jakiś robot, czy co? No dobra, niech będzie... Ale nie teraz, jestem trochę... jakby to powiedzieć... zajęty.

       - A tak, rzeczywiście siostra Szybkociągówna gdzieś czmychnęła... ile panu to zajmie, doktorze? Tyle co zawsze?

       - Tak, tak... O, weź go, o taaaaaak...

       Odgłos rzucanej słuchawki przebiegł przez czaszkę Macieja jak stado tybetańskich słoni. Czekał na decyzję. Dla niego odmówienie przyjęcia byłoby beznamiętną karą śmierci. Nie chciał tak umierać...

       - No i załatwione. Doktor Gierez przyjmie pana za jakieś, bo ja wiem, 15 minut.

       Czas dłużył się niczym dżdżownica w rękach Macieja, gdy był małym chłopczykiem. W jego umyśle świtały wspomnienia - czasy, kiedy był mnichem, żołnierzem, podróżnikiem... Teraz umierał w poczekalni Ośrodka Zdrowia i miał wszystko w dupie... I - jak się domyślał - ta siostra, która baraszkowała z lekarzem, też.

       Po dziesięciu minutach drzwi otworzyły się. Wyfrunęła z nich roznegliżowana pielęgniarka, i po chwili powiedziała spoconym głosem:

       - Możesz wejść, kiciusiu...

       I drzwi ponownie się zamknęły. Ech, życie umykało z serca Macieja... Był coraz dalej, i dalej, i dalej... Aż w końcu zgłodniał, wrócił, zjadł batonika (Princessę orzechową). Po chwili w drzwiach stanął doktor.

       - No, proszę, już można. Proszę wejść, rozebrać się, usiąść wygodnie w fotelu, rozłożyć nogi...

       - Słucham?

       - Ech, przepraszam, to z przyzwyczajenia. Wie pan, byłem do niedawna ginekologiem... No tak, tak... Co panu dolega?

       - Ręka - wyjęczał Maciej.

       - O, coś z nią nie tak?

       - Ręka. Piłowałem pizzę, piła mi się wyślizgnęła i uje... ucięła mi rękę. Potrzebuję pomocy.

       - Hm?

       - Nie ma jej! - krzyknął Maciej ostatkiem sił.

       - No tak, tak... Kaszle pan? - zapytał troskliwie lekarz.

       - Nie, nie kaszlę.

       - Aha, więc proszę się rozebrać, muszę pana osłuchać. Mam takie fajoskie słuchawki i...

       - Ale mi nic nie jest w...

       - No to po co pan przyszedł?

       - Bo potrzebuję pomocy, uciąłem sobie rękę!

       - Aha... - powiedział lekarz spojrzawszy na rękę. Zamyślił się na chwilę. - Wiem, przepiszę panu witaminę C, rutinoscorbin, wapno...

       - Ale mnie trzeba raczej skierować do szpitala - zaproponował nieśmiało Maciej.

       - A po co? Boli pana ta ręka?

       - Nie boli, bo jej nie ma. No, trochę tylko swędzi mnie rana...

       - Swędzi? No to świetnie! - krzyknął radośnie lekarz. - Przepiszę panu maść na wysypkę.

       - Ale ja się boję, że wda się jakieś zakażenie...

       - Nie, spokojnie, spokojnie. To jakaś infekcja. Angina czy grypa. Niech pan otworzy usta i powie aaaaa...

       - Ale moja ręka...

       - Ręka, ręka! Daj pan spokój tej ręce! Przecież nie będę pana leczył objawowo. No przecież jak ktoś kaszle to nie podaje mu się samego syropu ale antybiotyki, prawda? No. Tak więc przepiszę panu wapno, rutinoscorbin, witaminę C i jakiś antybiotyk... o, niech będzie to - rzekł począwszy starannie kaligrafować w książeczce zdrowia Macieja. - Wapno, wapno... 4 razy dziennie. Tak, no musi panu jakoś to odrosnąć...

       - Panie doktorze, jest pan pewien, że ta ręka odrośnie?

       - A nie?

       - Nie, tak pytam bo kiedyś gruchnąłem się w młotkiem w palec, miał odrosnąć ale zgnił i odpadł. To i tak bez znaczenia, bo to był palec u tej ręki, której nie ma już.

       - A kto pana leczył?

       - Doktor Pasóła - Maciej odpowiedział zmarszczywszy brwi.

       - Hehe, stary zbereźnik... No cóż, a dał panu rutinoscorbin?!

       - Nie pamiętam, chyba nie.

       - Aha! I tu kot zakopany! Błąd na błędy, osłabiony organizm...

       - To co ja mam robić?

       - Wyleży się pan, wygrzeje, odda do analizy spermę... A, i koniecznie antybiotyk i wapno, najlepiej gaszone, bo niegaszone może być trudne do przełknięcia... A, i proszę nauczyć się pisać lewą ręką, dobrze?

       - A po co?

       - No, bo musi pan podpisać czek. Nie mam umowy z branżową kasą chorych, więc jestem zmuszony potraktować to jako wizytę prywatną. Ubolewam z tego powodu, ale tak to bywa... No tak, więc wizyta domowa, porada ginekologiczna, rozpoznanie choroby, identyfikacja immunologiczna: bronchopneumonia zwyczajna, osłuchanie stetoskopowe, oględziny gardła, wypisanie recepty... Razem 283 złote i 25 groszy...

       - Ile?! 283?! Jak? Dlaczego?! - Maciej zdębiał. Jego skóra wyjaśniała jeszcze bardziej. - Dlaczego tyle?

       - To wstępny kosztorys... Aha, no tak, ma pan rację, jeszcze 22 procent VAt'u, no i nie uwzględniłem wynagrodzenia z uwagi na pracę w niebezpiecznych warunkach... Razem jedyne 352 złote... Ale, niech stracę, dla pana niech będzie 350, jakoś mi się pan tak spodobał... A propos, jak panu odrośnie ta ręka to zapraszam na wizytę kontrolną, pobierzemy spermę, pobawimy się w lekarza z siostrą Szybkociągówną, zrobimy przekładańca... Co pan na to? Będzie fajnie, Szybkociągówna to niezła sztuka...

       Maciej wziął długopis chcąc podpisać czek, ale ten odmówił mu posłuszeństwa, jak gdyby chciał tym powiedzieć Maciejowi, żeby nie podpisywał. On jednak nie słuchał i począł radośnie rozpisywać go na okładce medycznego czasopisma leżącego na biurku o dziwacznym tytule "Los Cycores". Nic nie dawało rezultatu. W końcu Maciej zanurzył końcówkę długopisu w strzępie żyły zwisającym z ramienia i podpisał czek własną krwią.

       - Dziękuję panu bardzo, doktorze - rzekł wstając.

       - Niech pan nie dziękuję, ja jestem właśnie od tego, żeby pomagać... A, tylko niech pan pamięta o wapienku i spermie do analizy, w razie problemów ta ruda pielęgniarka z wielkimi balonami panu pomoże...

       - Do widzenia.

       - No cześć, cześć, zapraszam za tydzień na przekładańca, będzie miło...

       Maciej wyszedł szczęśliwy. Słowa doktora podniosły go na duchu. Zresztą zawsze uważał, że nie ma nic wspanialszego niż staranna opieka medyczna.

       Gdy wrócił do domu słońca zachodziło. Spojrzał na zegarek. Była 2:59. Czym prędzej położył się do łóżka. Nie chciał przeziębić rany...

       W środku nocy obudziło go przeraźliwe zimno. Nie wiedział co się dzieje, ale domyślał się, że to z tego przerażającego dla niego powodu, którego bał się tak bardzo. Zerwał się na równe nogi i krzyknął:

       - Monika!!! Czemu ty zawsze zapominasz zamknąć tą pieprzoną lodówkę?!

       W gwoli przypomnienia dla tych, którzy przeoczyli któryś z odcinków przygód Macieja, Monika jest to dziewczyna Macieja, którą poznał w klubie podczas pokazu erotycznego grupy tanecznej Kiciorki. Siedziała wtedy ze swoim narzeczonym Rene i mamą, cierpiącą na wrzody i dlatego nie mogła wtedy zamówić żadnej pikantnej potrawy, choć jej mąż, ojciec Moniki lubił gotować tortillę z... No, ale chyba dość. Ustalmy więc w skrócie - Monika była dziewczyną Macieja.

       Maciej chciał się napić. Próbował sięgnąć na górną półkę jednej z kuchennych szafek, ale nie mógł złapać butelki soku... Spojrzał na rękę...

       - O kur... O w... O ty ch... Poczekaj, doktorku, już ja cię kurna urządzę... Ja cię urządzę!!!

       Krzyknął po czym złapał za telefon. Z oczu biły mu błyskawice (phi, Zeus się znalazł), z pyska toczyła się piana...

       - Tak, słucham, doktor Gierez przy telefonie...

       - Te, doktor, doktor! Ręka mi nie odrosła! Co ja mam robić?! Chciałem się napić soku a tu nie ma ręki. Nawet centymetr nie urosła, nic! - Maciej krzyczał do słuchawki poprzez cieknące mu po brodzie łzy. - Nic nie odrosło! Nic nie odrosło...

       - Czego pan się tak drzesz, co? Nie odrosło, bo nie odrosło. Drzesz się pan jakby był jaki powód...

       - A nie ma?

       - Pewnie, że nie ma. Ręka odrośnie. Wapno pan dostał, rutinoscorbin też... A cynk pan bierze?

       - Cynk?

       - Ta, cynk.

       - Nie.

       - No cholera jasna, mówiłem brać cynk... Bez tego to nawet włosy by panu nie odrosły. Cynk potrzebny, cynk...

       - Niech pan mi tu nie pieprzy o cynku. Jak palec miał mi odrosnąć to ocynk z siedmiu wiader zębami zeskrobałem i co? Palec odpadł...

       - Proszę mnie nie pouczać, proszę mnie nie pouczać. Ja medycynologię studiowałem to wiem chyba, co nie? Cynk pan jedz, wyleż się pan i wszystko będzie dobrze... No to dobranoc...

       - Ale, ale...

       - Tiii, tiii, tiii, tiii, tiii...

       Dzień 3.

       Nastał kolejny piękny dzień dla Macieja. Obudził się wcześniej niż zwykle, postanowił więc pójść do Urzędu Pracy. Ręka rzeczywiście odrosła - zaraz po tym jak połknął trzy kilo ocynkowanej blachy... Ubrał się, zjadł nieco lekkostrawnej strawy i wyszedł prędko na zewnątrz. Przeszedł obok śmietnika, chlewika, kurnika, sromotnika... eeee, to głupie... No więc Maciej po prostu poszedł do Urzędu Pracy. Pani była bardzo miła, jak większość dam pracujących w instytucjach, które mają służyć ludziom. Gdy wszystko już pozałatwiał, czyli po 4 godzinach stania w kolejkach, był gotowy by wrócić do domu. Otworzył drzwi, zaczerpnął świeżego powietrza i nagle usłyszał przeraźliwie piskliwy krzyk zza swoich pleców:

       - Panie Szczupak!!! Niech pan wraca!...

       Maciej nie zastanawiając się długo (niecałe 10 minut drapania się w głowę) wrócił do pokoju nr 9234 na 17. piętrze jedynego parterowego ratusza w Polsce. Wszedł zatrzasnąwszy za sobą drzwi.

       - Panie Brząkacz, muszę panu powiedzieć, że to świadectwo jest nieważne... No to z podstawówki...

       - Co?

       - Pańskie świadectwo z podstawowej szkoły jest nieważne. Nie ma podpisu, nie ma pieczątki dyrektora... W takim wypadku muszę panu wpisać w formularzu wykształcenie niepełne podstawowe....

       - Ale ja skończyłem studia! Mam trzy fakultety! No przecież...

       - Ale najważniejsze jest z podstawówki. Jeżeli są na nim błędy to dalsze kształcenie nie jest brane pod uwagę, bo jest nieważne. Musi pan iść do szkoły i wyjaśnić to. Może mają jeszcze pana w jakimś rejestrze albo co... Proszę, to te świadectwo... Do widzenia panu.

       - Ale...

       - Do widzenia...

       Maciej wziął świadectwo i ruszył czym prędzej do szkoły, w której uczył się ponad 20 lat temu... Schylił się i wszedł do środka. Miał szczęście, że nie trafił na przerwę, bo inaczej musiałby się natychmiast do doktora Giereza zgłosić po tym, jakby go dzieci kochane (bydło - przyp. dla głu... no no? dla głuchoniemych na przykład) stratowały... Maciej wszedł do pokoju nauczycielskiego.

       - Dzień dobry, czy jest pani dyrektor...? - zapytał onieśmielony spojrzeniami nauczycielek.

       - Nie ma... O Boże, to Maciej!!! Ten sam Maciej... No wiecie, największy Oguras w klubie!!! Aaaa!!! - krzyknęła jego pani od polskiego i rzuciła mu się na szyję. - Boże, to on...

       - Ale ja chciałem z panią dyrektor...

       - Dobrze, dobrze, malutki, pani dyrektor nie zając, nie ucieknie ci. Najpierw zrób to ze mną...

       Odezwały się głosy z sali:

       - I ze mną!

       - I ze mną!!!

       - No i ze mną...

       - A później zerżnij mnie...

       - I mnie...

       - No i możemy grupowo! - krzyknął jego nauczyciel od fizyki, wystawiając brodę znad biurka. Wzrok dam i ich wystające kły dały mu dużo do myślenia. - Żartowałem, hehe...

       - Ale ja nie po to przyszedłem!!! Chciałem podpis...

       - O tak, podpiźdź, podpiźdź, mój ty Ogurasie...

       - Ale...

       - Żadne ale! - krzyknęła stojąca w progu kobieta. - Szczupak, to ty tu robisz?! Znowu uwodzisz nauczycielki? Mało ci było w drugiej klasie?! Za karę pójdziesz do koziej ławki... tfu, kurwa mać! Oślej ławki!

       - Że co proszę? - spytał zaskoczony.

       - Nie wyrażaj się, jełopie!

       - Ależ pani dyrektor...

       - Zamknij się durniu i nie pyskuj tu do mnie!!!

       - Ale ja chciałem, żeby pani mi podpisała...

       - Wypchaj się! Nic ci nie podpiszę! Co, nagle sobie o mnie przypomniałeś, tak? A wtedy? Wtedy to nie chciałeś nawet mnie znać... Wszystkie nauczycielki opowiadały o Twoim penisie, że taki wielki, ogromny, a mi tylko raz pokazałeś... Właśnie za to Szczupak nie dostałeś podpisu na świadectwie! Pocałuj mnie teraz w dupę... O... Poczekaj, ogierze ty, diabełku... Nie tutaj, oj kochany mój...

       Po czterech godzinach baraszkowania na biurku w dyrektorskim pokoju pani dyrektor Bladziuchpica padła wyzuta z sił...

       - Nie mogę znaleźć tej pieczątki, Maciej. Przykro mi, ale będziesz musiał powtarzać wszystko od pierwszej klasy...

       - To znaczy, że...

       - To znaczy, że będziesz musiał odwiedzać mój gabinet co najmniej cztery razy w tygodniu w celach wychowawczych, Maciejku... No nic, malutki, mknij na zajęcia. Zapiszę cię do klasy Ib, tam znajdziesz sobie kolegów, koleżanki. Wychowawczynią klasy jest pani Magdalena, nauczy cię tego i owego.

       I w ten sposób Maciej wrócił ponownie w wir edukacji, wkroczył w owcze stado pędzące pełnią sił ku wiedzy. Nie przerażało go to za bardzo, pewnie dlatego, że nie był do końca świadomy w co się władował. Pierwsza klasa podstawówki nie wyglądała tak jak kiedyś...

       Gdy wszedł do środka akurat była przerwa. Dzieci uzupełniały niedobór witamin, wody, nikotyny. Niektóre spały na ławkach, niektóre lizały się pod ławkami, inne leżały w kącie zalane w trupa. Ale to zdarzało się coraz częściej wychowankom nauczania początkowego, odkąd w szkolnym sklepiku zaczęto sprzedawać pepsi, oranżadę, pączki, bułki z serem, prezerwatywy, wódkę, papierosy, narkotyki... Ale pani dyrektor była spokojna - w końcu uzależniona od amfetaminy była niecała połowa pierwszoklasistów. "Wyszaleją się za młodu to później będą spokojni", mawiała. Maciej usiadł w ostatniej ławce. Dzieci przyglądały mu się przez chwilę i... uf, miał szczęście - za chwilę do klasy weszła pani Magdalena.

       - Dzień dobry dzieci - rzuciła w drzwiach.

       - Dzień dobry pani Magdaleno! - odrzekli zgodnym chórem uczniowie.

       - Poznajcie nowego kolegę. To jest Maciuś i będzie się z wami uczył...

       Przez chwilę dzieci wpatrywały się w Macieja jakby był przybyszem z innej planety.

       - A dlaczego z niego jest taka stara dupa? - spytała jakaś dziewczynka z pierwszej ławki.

       - Właśnie, co to za wapniak? - ktoś krzyknął.

       Pani Magdalena zaróżowiła się na policzkach (nota bene nie tylko, ale to zobaczył tylko Maciej, który musiał się schylić bo mu długopis pod nogi pani Magdaleny spadł).

       - Cisza już... Proszę. Bądźcie grzeczni i zaopiekujcie się kolegą... No, dobrze - pani Magdalena usiadła przy swoim biurku. - Wyciągnijcie zeszyty i zapiszcie dzisiejszy temat. Hm, tak, zapiszcie. Dzisiaj będzie trochę spraw organizacyjnych. Temat dzisiejszej lekcji brzmi 'kryteria oceny w pierwszej klasie zreformowanej szkoły podstawowej'. Zapisaliście już? No to proszę... Albercik, proszę zgasić tego papierosa, siedzisz w ławce dla niepalących przecież.

       - Ale pse pani, ja się nie zaciągam... - odpowiedział chłopczyk.

       - No, już już już... Wyrzuć tę pizzę, Penelopo! Oj, bo jak mnie zdenerwujesz to jeszcze raz będziesz powtarzać pierwszą klasę!

       - Nie zrobi mi pani tego po raz piętnasty? - odparła Penelopa.

       Maciej odruchowo spojrzał na dziewczynkę... młodą damę... kobietę, która siedziała w trzeciej ławce. Miała długie, lśniące rude włosy opadające na ramiona, delikatny makijaż, który podkreślał jej czyste, błękitne oczy. Patrzył na nią jakby po raz pierwszy zobaczył w swoim życiu kobietę. I wiedział o niej tylko jedno - że ma na imię Penelopa.

       - Maciej! Co się gapisz?! - krzyknęła pani Magdalena. Z zazdrości niemal nie puściła z uszu pary. - Już, do kąta i klęczeć na grochu. Już!!!

       Maciej nie słyszał, słyszał tylko swoje serce, bijące ruchem jednostajnie przyspieszonym prostoliniowym po okręgu... Patrzył tylko na Panelopcię. Wiedział, że to z nią chce związać swoją przyszłość, i że to ją chce przywiązać wieczorem do łóżka...

       Po skończonych zajęciach, czyli piętnastu lekcjach (byłoby osiemnaście, ale Maciej postanowił uciec ze środowiska, włefu i wstępu do implikacyjnych presupozycji performatywności). Jednak nie oddalił się zbyt daleko, a raczej blisko z odległościowego punktu widzenia. Obserwował, jak jego ukochana Penelopa gra w kosza na włefie. Patrzył na jej sprężyście podskakujące piersi i marzył, żeby się do nich przytulić. Podziwiał jej twarz - matową, gładką, aksamitną, czystą cerę, wspaniałe proporcje. Bez dwóch zdań była boginią, najpiękniejszą pupcią i buzią jakie kiedykolwiek zobaczył... Gdy włef się skończył czekał na Penelopę przed szatnią, a kiedy wyszła ruszył za nią. Czuł się jak szpieg z krainy deszczówki, czy jakoś tak, ale wiedział co czuje. Wiedział, że to może być jego ostatnia szansa, żeby ułożyć sobie życie, założyć rodzinę, mieć dzieci, dom, psa, chomika, kota, rybki... bo każdy ma jakiegoś bzika...

       - ... Każdy jakieś hobby ma, a ja w domu mam konika, słonia, grzybki oraz lwa... - nucił sobie pod nosem, kiedy zobaczył, że Penelopa wchodzi w jakąś bramę.

       Natychmiast ruszył za nią. Ścieżka prowadziła do jednorodzinnego domu. Wszedł po schodach. Chciał zapukać, ale w ostatniej chwili poczuł się jak Nike i się zawahał.

       - Kurde, no gdy jej nie widzę to jakoś tak nie beczę, ani nie ryczę. No i nie głupieje chyba jak ją widzę... Ale kurde jak jej długo nie widzę, to czegoś jakby mi brakowało, chciałbym chyba ją już zobaczyć i teskniąc za nią pytam siebie, czy to miłość czy może po prostu chciałbym ją przelecieć... Dobra, czas skończyć tę farsę. Nie mogę być całe życie dupolotem, a pukam!

       Maciej zapukał, drzwi otworzyła mu Penelopa. Miała na sobie jedwabny, półprzezroczysty szlafrok, przez który przebijały jej pełne kształty. Wszedł do środka przełykając ślinę, uniósł głowę i ujrzał jej rude włosy i... Jezus Maria, jej twarz!

       - Aaaaaaaaaaa!!! Aaaaaaa!!! - zawrócił i począł biec, przed siebie, ile tylko miał sił. - Aaaaaa!!!

       - Kto to tak się drze? - zapytała babcia sprzedająca przed bramą kwiaty jakiejś drugiej babci.

       - A nie wiem, Helusiu, nie wiem...

       - Ano pewno znowu któren tamte Penelope bez tych upiększaczy zobaczył.

       - A no pewno tak...

       Maciej biegł. Nie oglądał się za siebie, gdyż bał się, że zobaczy gdzieś jej twarz bez makijażu i umrze na zawał...

       Dzień 4.

       Pokonany przez Pietra i Przerażalinację Maciej obudził się w swoim łóżku. Eee... Uf, na szczęście sam. Poczuł się niesamowicie głodny (bo wszystkie jedzenie jakie zjadł... zresztą co się dziwić - na taki widok to każdy by chyba zrobił to samo). Zajrzał do lodówki. Pasztet nie skojarzył mu się zbyt przyjemnie, mielonka wieprzowa i bigos też nie... Szczęście, że miał kartę stałego klienta w barze mlecznym Krówka. Ubrał się więc i wyszedł. Do wspomnianego baru miał prawie pół kilometra, wstąpił więc do sklepu kupić coś na drogę.

       - Cześć Marian! - rzucił do łysego faceta za ladą.

       - Cześć Macieju, witaj... Dawno cię tu nie było, odkąd wygrałeś w loterii Unirexu sto tysięcy prezerwatyw. Co, skończyły się?

       - Nie, nie, mam jeszcze kilka, a sprawa jest inna. Masz może coś na ząb?

       - Jasne, stary, dla ciebie zawsze. Ale jaka? Blondyneczka, ruda, czarna?

       - Nie, chodzi mi o coś słodkiego...

       - Słodkiego? Da się zrobić, Ala zetrze ostry makijaż i założy grzeczną sukienkę, może być?

       - Nie, Marian, chodzi mi o to... po prostu jestem głodny! - Maciej nie wytrzymał i zawył tak głośno, że pani przechodząca przed witryną sklepu wbiegła do środka, oddała mu swoją torebkę i zaczęła go błagać, żeby jej nie skrzywdził. Maciej puścił kobietę wolno. - Jestem głodny - powtórzył.

       - No stary, rozumie się te sprawy. Co byś chciał?

       - Eee... Hmmm... Może... Nie... Ooo... O, czekoladę - odpowiedział po chwili namysłu.

       - Czekoladę. Okej, da się zrobić, ale Cassetullia nie mówi po polsku, będziesz musiał pokazać jej...

       Maciej nie wytrzymał, wziął zamach i już chciał z całej siły przyłożyć Marianowi w jego łysy łeb, kiedy do sklepu wbiegł bandyta. Taki prawdziwy, nie jak na filmach - ten miał prawdziwy pistolet i krzyczał. Tylko coś mu się pomieszało, bo rajstopy zamiast na tyłek to na głowę naciągnął.

       - Naaa zieeeeemięęęęę bo zabiję!

       - Stary, nie krzycz tak bo głowa mnie już boli.

       - Coooo?! Na ziemięęęę i zaaaamknijj ryyyja! - bandyta wrzasnął, ale ani Maciej ani Marian wcale się nim nie przejęli. - No co jest? Panowie? Wszystko w porządku?

       - No właśnie nie - odrzekł Maciej. - Wczoraj się zakochałem w kobiecie, która z twarzy przypominała krzyżówkę rozjechanego pingwina z zawartością woreczka żółciowego. Ech, a wydawała się taka piękna...

       - Rozumiem cię, stary - Marian położył Maciejowi dłoń na ramieniu. - Rozumiem.

       - Ej, a ja? To jest napad! - krzyknął zdezorientowany bandyta.

       - Zamnij się Władek, bo zadzwonię po policję i się skończy. Już, odłóż pistolet, oddaj rajstopy babci i odpoczywaj na emeryturze.

       - Ani mi się śni, Marian, co to to nie! Myślałeś, że będzie tak jak ostatnio? O nie synu, tym razem napad mi się uda. Dawaj dwa piwa, bo rozwalę ten sklep w drobny mak! - pan Władek z rajstopami na głowie wyglądał na przygnębionego takim, a nie innym obrotem spraw, ale nie ustępował.

       - Marian, daj ojcu piwo i niech idzie. Cholerny świat, nawet bandyci zeszli na psy. A pan, panie Władku niech uważa na tego kulomiota, bo spustu nie ma i może na jakiś czasowy zapalnik jest...

       - Nie, Macieju, nie, cynkielek kiedyś był mi potrzebny jak junaka naprawiałem, to wykręciłem. A tu, ooo - pokazał palcem na lufę - o, co mam, gwoździka i jak pociągnę to palnie tylko huk pójdzie, hehe. Jak chcesz to mogę ci zapożyczyć i ustrzelisz tego potwora, co to wczoraj tak cię przestraszył...

       - A co słyszał pan? - Maciej zapytał zdziwiony.

       - Staaary, pewnie pół miasta słyszało. Zresztą, jak biegłeś pod naszymi oknami to co mieliśmy nie słyszeć?

       - No... - wtrącił się pan Władek. - To co, dać ci? A w ogóle to gdzie ta raszpla mieszka, to może ja bym zapolował?

       - A daj pan spokój, młoda jest i jaka jest i niech sobie żyje...

       - Ale powiedz, Macieju, no powiedz...

       - No jeśli to pana zbawi. Mieszka na Stasaszica... numer chyba 15.

       - Dobra, dobra, ale ojciec poważnie pytał - Marian rzucił śmiejąc się.

       - No poważnie mówię.

       - Ty, jak to, przecież to moja chata? Jak się niby ta maszkara nazywała?

       - Penelopa.

       - O ty kur... - pan Władek rzucił się na Macieja i zaczął go okładać zdrętwiałymi, kościstymi pięściami po twarzy. - Ty sukinsynu, to ty do mojej żony łazisz?! O ty ścierwiszonie zapluty, tyyy...

       - Żony? - Maciek stał zdębiały (jeszcze trochę i zacząłby gubić żołędzie).

       - Stary, przegiąłeś. Penelopa to moja mama. Nie załatwię ci dzisiaj żadnej dziewuszki. Sorry, Maciej. A teraz idź już stąd. No idź... - Marian wskazał na wyjście ze sklepu.

       Maciej wyszedł. Powoli zaczął rozumieć, dlaczego Marian zatrudnił się kiedyś w Ogurasach, żeby polerować policzkami podłogę. Ale to wszystko gdzieś powoli umykało mu, gdy patrzył w słońce. Pomyślał, że wróci do domu, zje trochę surówki z melona i pójdzie na plażę. Tak sobie pomyślał i zawrócił, kiedy nagle za plecami usłyszał pisk opon. Obrócił się na pięcie i zobaczył zielony, chyba wojskowy pojazd. Na drzwiach samochodu zobaczył dwie duże litery ŻW. Żandarmeria Wojskowa. Ale czego od niego mogli chcieć, skoro z wojskiem teraz nie miał nic wspólnego?

       - Stój Szczupak! - krzyknął ubrany w czarne szturmowe dresy mężczyzna.

       - Przecież stoję. Czego ode mnie chcecie?

       - Jestem agent Zygmunt Ktosiu z formacji Żadnych Wagarowiczów, pracuję dla pani dyrektor Bladziuchpicy. Nie stawiłeś się dzisiaj na zajęcia, więc polecono nam, mi i mojej partnerce Dianie Brykiet, odnalezienie ciebie i odstawienie do szkoły, do gabinetu pani dyrektor. Zgodnie z artykułem 8520 paragraf 91 Kodeksu Formacji Otępiającej Młodzież, w którym mowa jest o ucieczce z lekcji wstępnej o Słowackim, jesteś aresztowany. W trybie natychmiastowym, zgodnie z artykułami 1, 2 i 3 KFOM, postępowanie wstępne rozpoczęte może być w momencie zatrzymania lub prze... O cię w mordę, gdzie on jest?!

       A Maciej już dawno uciekł. Nie chciał wracać do szkoły, nie miał z niej miłych wspomnień - mnóstwo zdegenerowanej młodzieży, nauczycielki śliniące się na jego widok. Nie, to nie było to, czego chciał od życia. A czego chciał? Chciał podróżować, jak za dawnych lat, kiedy przemierzał świat wzdłuż i wszerz, od Albanii aż po Australię (pogłoski, jakoby był na Tasmanii okazały się być tylko plotkami - jak wykazało badanie grupy krwi molestowanych seksualnie tasmańskich diablic).

       - Ech, to były czasy... - westchnął. - A teraz co? Ośrodek zdrowia, poczta, podatki, szkoła, szybki grupowy seks z fankami, ech... Gdzie się podziały tamte czasy, gdzie szalałem z Synthią w Acapulco albo z Juanitą w Rio... gdzie...

       - Cześć Maciej!

       - Cześć Juanita... Juanita?! Chrysty rane! Bur, bur. Jak się tu znalazłaś, co ty tutaj... kurcze, no jak? Powiedz mi tylko, jak się tu dostałaś? - Maciej nie krył swojego zaskoczenia.

       - Normalnie... Właśnie wracam z biblioteki, wypożyczyłam książkę o nas jak byliśmy w Brazylii...

       - Książkę...? O nas? Jak to? - Maciej czuł się jak kołek na mur wbity w ziemię.

       - No bo okazało się, że my nie istniejemy. To wszystko opisuje narrator, a wymyśla autor.

       - Jak to? To znaczy, że jesteśmy tylko marionetkami w rękach tego, kto to pisze? - Maciej poczuł się zgaszony jak niedopałek. - A ja myślałem, że jestem taki fajny bo jestem, a nie dlatego, że ON chce, żebym był.

       - Nie, to nie tak. TY jesteś jaki JESTEŚ, on tylko to wszystko spisuje, bo my i tak żyjemy własnym życiem - Juanita pochyliła się nad Maciusiem i przytuliła go swoich, hm, puchatków.

       - Nie wierzę, jak jesteśmy jego tworem to wszystko jest zmyślone, nawet ten nasz dialog. W cholerę, to po co my w ogóle mówimy?! Przecież to niemożliwe, że to ON tak chce i ja to mówię, bo ja czuję, że ja chcę i wtedy mówię. No przecież jak chce mi się sikać to sikam, jak chce mi się spać to śpię, jak chce mi się pić...

       - Tsss... - syknęła przykładając Maciejowi palec do ust. - Maciej, prawda jest taka, że my istniejemy, bo inaczej autora trzeba byłoby nazwać wariatem potęgi drugiej, bo tylko wariat mógłby powymyślać takie poronione... no, nie poronione ale zrodzone z bólu i wyrzeczeń historie.

       - Wątłym, niebacznym, rozdwojonym w sobie wariatem potęgi drugiej! - dodał Maciej i wyszedł ze studzienki kanalizacyjnej. - Wiesz co, Juanita, bardzo chciałbym, żebyśmy mieli dzieci.

       Maciej nie żartował. Na jego twarzy nie było żadnego grymasu - ani żartu, ani smutku, tylko prawdziwa powaga. Swoją drogą, uff jak dobrze, że odeszli od tematu narracji, autorstwa i innych takich, bo ten temat nawet dla mnie jest niezrozumiały. Sam w końcu nie wiem czy Maciej istnieje, czy nie, ale chyba istnieje, jeśli...

       - Zamknij się i dawaj dialog!!! - Maciej i Juanita krzyknęli zgodnych chórem.

       No dobrze, dobrze.

       - Maciej, czy ty wiesz jaka to wielka odpowiedzialność mieć dziecko? A poza tym ja jestem jeszcze za młoda.

       - Cooo? To ty nie masz jeszcze czternastu lat?! - krzyknął Maciej poważnie oburzony.

       - Nie, głuptasku, mam grubo ponad dwadzieścia, ale chciałabym jeszcze poznać trochę świata, zwiedzić Oświęcim, Treblinkę, Sobibór i inne takie.

       - Ale po co?

       - Chciałabym spojrzeć na życie oczyma mojego ojca - rzuciła głośno wzdychając.

       - Kim był?

       - Inżynierem.

       - Jasne, te Szkopy chciały zabić wszystkich wykształconych ludzi. Zginął w obozie?

       - Tak, podczas tak zwanego wyzwolenia przez czerwonych, był głównym projektantem i budowniczym obozów... Ech...

       - Był Szwabem?!

       - Nie, nie.

       - Całe szczęście.

       - Był wysoce postawionym obywatelem III Rzeszy, prawą ręką Hitlera, lewą nogą Himmlera, penisem Roemla...

       - Dość, dość. Nie chcę więcej wiedzieć! Juanita, no to narka, ja spadam do domu. Muszę coś zjeść w cholerę, bo umrę na zgon albo nawet na śmierć i wtedy będzie.

       - No to pa, kochany. Przyjdę w sobotę do klubu. Pa!

       Juanita poszła w swoją stronę radośnie kręcąc pupcią, a Maciej pomyślał przez chwilę o cieście z pianką rafaello i ruszył w stronę cukiernio-lodziarni 'Mrorzek'.

       - Dzień dobry panie Sławku! - krzyknął w progu.

       - Cześć Maciej, wejdź, nie stój na mrozie... Ale może niech lepiej poczekają, co?

       - Słucham?

       - No to co z tego, że kilomarchewki atakują, brreee, brreee, ryp w pip, kolacja gotowa, Alojzy, tratratratatata, łooooo, iii, ooo, iii...

       - Ale...

       - Niech przyjdą, najlepiej z żółtym serem, a ja mówię, że lepiej byłoby wkrętakiem gwintowanym, a ty dalej swoje, że oni muszą tańczyć nago w rytmie zielonych sardynek, ale przecież sport jest dla ludzi, nawet inaczej niż było, co nie?

       Maciej poczuł się kilkugramowo (lekko czyli) zdezorientowany, w końcu pomyślał, że pan Sławek znowu musiał się potknąć w tańcu i uderzyć głową w krawężnik. Wycofał się więc, otworzył cicho drzwi i wyszedł. Spojrzał na swój zegarek - dochodziła północ. Czym prędzej ruszył do klubu 'Ogurasy', gdyż zbliżał się jego cotygodniowy show. Szedł zamyślony, jego spuszczony wzrok obserwował trawę rosnącą pomiędzy chodnikowymi płytami, kiedy nagle zaczepiła go przepiękna dama.

       - Hej, Skarbie, chcesz się zabawić?

       - Zaraz, czy my się w ogóle znamy?

       - A myślisz, że nie? Nazywam się Stówka, bo za stówkę się kocham i daje podupczyć.

       - Ech, a ja myślałem, że za darmo to może bym... Ale nic to, jak chcesz, to mogę cię zabrać do klubu 'Ogurasy'.

       - Ale tam wstęp kosztuje dzisiaj 500 złotych, bo tańczy Boski Maciej...

       - To ja jestem Maciej.

       - Ty? Nie rozśmieszaj mnie, on jest od ciebie o wiele wyższy...

       - Owszem, na scenę zakładam szpilki.

       - ... i przystojniejszy...

       - Trochę się maluje.

       - ... i lepiej zbudowany i ma większego ptaka - nie dokończyła, kiedy Maciej obnażył swój tatuaż. - Aaa! Maciusiu, mmmm, proszę, zabierz mnie do klubu, zabierz. Jak tam wejdę z tobą to wszystkie popadają z zazdrości. A potem ostry seks, co?

       - Nie, nie, nie!!! Mam dość takiego pustego, amoralnego życia. Mam dość! Chcę być kimś lepszym, pisać książki, tworzyć poezję. Pragnę być narodowym Wieszczem, propagować zdrowy styl życia z dala od cielesnych pokus... Tak, chcę być wieszczem. Koniec z Maciejem. Maciej umarł, narodził się Konstantynopolitańczykowianeczek! Odejdź fruwaj stąd, kobieto, diable boski, piórku kury marnej Chcę kochać prawdziwą miłością, poczuć pięt obrzędy na skroniach swoich upodlonych lic szykownych. Czas jest przybycie na obrzędy, czas jest odrywanie zła od dobra, granic w uwielbieniu.

       Nie żartował tym razem. Pragnął zostać poetą. Uderzył pannę Julię w twarz, obrócił się i poszedł do domu. Maciej...

       - Konstantynopolitańczykowianeczek, ty szklany dywanie obciętych łbów stuletnich!

       ... Tak, oczywiście, Konstantynopolitańczykowianeczek. No więc Konstantynopolitańczykowianeczek wrócił do domu i zaczął pisać. Nie po raz pierwszy, ale tym razem całkiem poważnie. Miał nawet widzenie, nawet dwa, ale szybko mu się urwał film i już po dwudziestym ósmym piwie nie pamiętał w kogo się przemienił.

       - Józek? Nie... Marian? Nie... Olek... Nie, chyba nie... Kirholm? Nie... Niech to, jak to było... Stasiek...

       Próbował sobie przypomnieć aż usnął. Nad ranem obudziło go pukanie do drzwi. Otworzył oczy, spojrzał na zegarek - było grubo po osiemnastej. Kto to mógł być o tej porze? Maciej wstał i poszedł nago by otworzyć.

       - Kto tam?

       - To ja, Laura.

       - Jaka Laura?

       - Dobrze wiesz która! Nie pamiętasz wczorajszej nocy, Konstantynku, mój ty kiciusiu?

       Maciej otworzył.

       - No tak, to typowe dla takich facetów jak ty. Najpierw cacy, cacy a potem to nie pamiętam pani, do widzenia, tak? Tak?! O nie, ja się nie dam tak poniżać. Wynoś się stąd! Wynoś się! - wskazała na drzwi.

       - Ale... Ale to moje mieszkanie.

       - Tak, wynoś się... Ale... Co panowie tutaj robią? Hej, Maciej, co się dzieje? Dlaczego oni wynoszą twoje meble?

       - Nie wiem, Laura, cholera... Hej! Panowie, tego nie było w scenariuszu! Zostaw moją kolekcję pornoli... Oddawaj to...

       - Maciej, ratuj mnie, oni mnie wynoszą z kadru. Maciej, ratunku, wynoszą mnie... Macie...

       - Co to wszystko ma znaczyć, ja mam kontrakt z wytwórnią, producentem... o tutaj. Mam papiery. CO WY DO CHOLERY ROBICIE?!

       - Jestem zastępcą reżysera, już odpowiadam. My nie robimy nic złego, panie Brząkadełeczko. Program cieszy się zbyt małą popularnością, nie mamy szans z reality show o mnisim życiu seksualnym Zakonny Brat, ani też z przeróbką więzienną tegoż samego Wielki Brat Zza Krat, a tym bardziej z Dwoma Głupami, wiadomo o czym. Nie ma szans i dlatego kończymy zdjęcia. Reżyser przygotowuje się do jakiś egzaminów na studia więc nawet mu dupy nie zawracaj. Co takie gały robisz, Maciej, koniec filmu, możesz pomachać do kamery i pozdrowić rodzinę... Dobra, cięcie panowie...

       Koniec. Jako Maciej Brząkadełeczko-Szczupak wystąpił Maciej Brząkadełeczko-Szczupak.






© 2000 Łukasz Jedynasty




(c) 1999-2009  Agnieszka i Łukasz Jedynaści