www.jedynasty.com - Agnieszka i Łukasz Jedynaści



Łukasz Jedynasty

NO IDEA 11:

Od laboranta do prezydenta,
czyli o karierze i nie tylko



      - Przepraszam, ale ta fotografia jest za ciemna.

      Maciej udał, że nie słyszy. To była jego tradycyjna technika na klienta niezadowolonego z odbitek. Jego stosunek do ludzi zmieniał się im dłużej pracował w labie fotograficznym.

      - Za ciemne są te odbitki...

      - Słucham? - zmarszczył się Fred, to znaczy Maciej przebrany za Freda.

      - Jest za ciemna, niech pan spojrzy... o, uszy mam takie czerwonawe, o, o, o, a czoło mam takie że normalnie wyglądam jak jakiś pierdolony murzyn.

      - Co?

      - Za ciemna jest, głuchy pan jesteś?

      - Nie, co powiedziałeś o murzynie? Że jest jaki?

      - Nie ważne... to zdjęcie jest...

      - A co mnie kurwa zdjęcie obchodzi? Obraziłeś moich czarnych braci, białasie!

      W tym momencie dłoń Maciej złożyła się w pięść, która została wystrzelona w kierunku klienta z prędkością ponad 200 km/h. Czyli, ogólnie rzecz biorąc, Maciej wpalnikował kolesiowi, tym razem słusznie. Oczywiście za takie zachowanie został zwolniony z pracy.

      - Sam się zwolniłem, laleczko... Wiesz, chemia fotograficzna źle wpływała na moją cerę... moje włosy stały się matowe, pojawił się łupież... owsiki zaczęły mi bardziej dokuczać, wrzody zaczęły ropieć... świerzb coraz bardziej doskwierał, łuszczyca zaczęła się sypać garściami... heeej, gdzie ty idziesz? Zostań, mam ci tyle do powiedzenia... La... laleczko? Hm, czy ja powiedziałem coś nie tak?

      Maciej stał się nudnym, łysiejącym na klacie, obwisłym fiutem. Ale nie był do końca przegrany - postanowił coś z tym zrobić.

      - Panie doktorze Gierez, czy można coś z tym zrobić?

      - Z tym? Buehehehe, hi hi hi, u hu hu huuuu... ooo... jakie to duże... i twarde...

      - Co się pan tak napala? Jakby pan pierdyknął łbem w kant kibla to też by panu taki guz wyrósł. Ale nie o to pytałem. Czy można coś poradzić na moją impotencję?

      - Można... chyba... nie wiem...

      - Jak to pan nie wie? Jest pan lekarzem przecież!

      - Ja lekarzem, ha ha ha, dobre sobie... Ja jestem masarzem, specjalistą od rozbioru drobiu. Kiedyś sobie kumple zażartowali i nazwali mnie doktor, jako że wyciągałem z kur podroby. No i tak zostało... ale w sumie to i tak dobry jestem...

      - Hm? - Maciej zrobił "hm", czyli chyba zwątpił.

      - No co "hm"? - doktor Gierez zapytał o to "hm" Macieja. - Nie ma co robić hm. Jestem na pewno lepszy od Pasóły... przynajmniej nie próbuję nikogo leczyć, co nie?

      Gabinet wypełnił się śmiechem. W tym momencie weszła Zenobia.

      - Ależ wesoło, ależ wesoło. Panie doktorze, ojoj, ujoj, ajoj.

      - Coś pani dolega? - zapytał Maciej.

      - Szczupak, ja tylko wyskoczę na faję a ty porozmawiaj z panią Zenobią - szepnął Gierez. - Pani Zenobio, niech pani pozna wybitnego specjalistę w tej dziedzinie, doktora Szuczupaka.

      - Ale, ale ja... - protestował Maciej, ale na nic to się zdało bo ani nie miał transparentu, ani nie ułożył piosenki. - Nie jestem lekarzem... tylko masarzem... - coś próbował, ale doktora Giereza już nie było, jarał se faję i dyskutował zajadle z Pasółą na korytarzu.

      - Panie doktorze, leki mi się pokończyli, syropy, nalewki, tabletki... tylko te niebieskie pozostawali bo mojego starego to strasznie po nich nosiło po całym domu i co raz do wychodka latał.

      - A co pani dolega? - Maciej wczuł się w rolę.

      - Jak to co? A wszystko. I korzonki mnie bolą, i zęby, i nogi, i piersi... o, widzi pan jak napuchły? - Zenobia obnażyła swoje przybytki, ale jako że już nie było młoda, Macieja to nie wzięło. - Eee, jak nie to nie. No i co mi jeszcze dolega... no wszystko... panie doktorze, ja nawet raka mam chyba...

      - Raka? - zdziwił się Maciej. - Jezu, gdzie?

      - A tutaj... idzie raczek nieboraczek jak uszczypnie będzie znaczek... No co pan taki poważny? Więcej luzu, panie doktorze...

      - Postaram się. Ale wie pani, jestem na życiowym zakręcie. Znów wywalili mnie z pracy, żona mnie rzuciła dla innej...

      - Zdzira! - oburzyła się szczerze pani Zenobia.

      - A pewno, że zdzira. W dodatku nie chciała pójść na to, żebyśmy żyli sobie w trójkącie... Poza jeszcze jedną tragedię przeżywam. Najstraszniejszą.

      - O Maryjo, jaką?

      - Brak erekcji... - Maciej zakrył twarz dłońmi i zaczął płakać.

      - Brak ere.... to znaczy nie staje panu doktorowi?

      - Tak. Nie staje. Wisi jak cuma przy okręcie, jak cholerny glut, wilgotny nie zaschnięty do końca blupek.

      - Aaa, to ja wiem co pomoże panu na to. Mam taką maść fajną, doktor Gierez smaruje sobie jak czasami przyjdę do niego prywatnie... Ooo, tu mam. Trzeba zaraz przed posmarować to od razu efekt jest.

      - Co pani powie... Zaraz, przecież to żel na poślizg jest.

      - No.

      - Ale po co mi? Mam sobie zakonserwować tym fujarę?

      - No nie, ale pomyślałam, że skoro jesteśmy tutaj sam na sam...

      Maciej nie wytrzymał tego - rzucił Zenobię na kozetkę, zdarł z niej wełniany sweter, relaksy, onuce, rajstopy i całkiem świeże reformy i zabrał się do roboty. Jego męskość stwardniała nagle, poczuł jak pulsuje w rytmie bicia serca Zenobii. Jej kobiecość zapraszała go do środka... Wydawała mu się teraz młodsza, dużo młodsza... Zmieniła się dla niego w 17-latkę... och, kochał ją w tej chwili jak wszystkie inne Juanity przed nią...

      Wtem do gabinetu wszedł doktor Gierez:

      - Nieee, Maciej, nieee!!! Nie rób tego, ona jest kosmitą!

      - Co? - Maciejowi obwisł.

      - I co pan narobił najlepszego, doktorze Gierez? Już prawie chłopaka wyleczyłam z impotencji.

      - Maciej nie słuchaj jej, nie słuchaj jej głosu. Włóż to sobie do ust.

      - Do ust?

      - Do, do uszu. Nie słuchaj tego co mówi. To jest kosmiczna syrena.

      - A tam zaraz syrena - wtrąciła się Zenobia - po prostu lubię sobie ot tak pobzykać... a że przy okazji są z tego hybrydy to inna bajka... no nic chłopcy, widzę że nic tu po mnie... najwyraźniej ciało jakie przybrałam nie spodobało wam się... bywa... następnym razem wybiorę inne, może młodsze...

      - Mi tam się podoba - rzekł Maciek - ładne, jędrne piersi, zgrabna dupcia, twarz jakiej mogłaby pozazdrościć niejedna modelka... Różowe... lica...

      - Przekonałeś mnie Szczupak. No maleńka, zrobimy dubleta.

      I zrobili. Jakie dzieci z tego wyszły - nie wiadomo. Być może Zenobia utopiła je gdzieś w gwiezdnym pyle by nie spalić się ze wstydu przed znajomymi z galaktyki.

      Maciek wrócił zmęczony do domu. Postanowił się zrelaksować - włączył więc naiwnie komputer. "Oł jes, najnowszy Łyndows SEL (Super Extra Lux), ale to śmiga" - pomyślał z zadowoleniem spoglądając na pasek wczytywania systemu... Po kilkunastu minutach uruchomił dostarczony z komputerem program "Deluxe Reality Emulator".

      - Dzień dobry Macieju. Witaj w systemie wirtualnej rzeczywistości. Wciśnij F1 by rozpocząć...

      - F1, hm... a mam.

      - Teraz wybierz tematykę swojej wirtualnej przygody... F1 to przygody wojenne...

      - Lipa.

      - ... F2 to przygody podróżnicze...

      - Lipa.

      - ... F3 to przygody polityczne...

      - Lipa.

      - ... a F4 to przygody erotyczne.

      - O! - krzyknął Maciej przyciskając odpowiedni klawisz.

      - Cześć ogierze, jestem Magdalena. Witaj w programie wirtualnej przygody erotycznej Mike-ero-soft. Usiądź wygodnie w fotelu, zrelaksuj się i naciśnij odpowiedni klawisz. F1 dla seksu oralnego, F2 dla analnego, F3 dla podwójnej penetracji, F4 dla zbiorowej orgii...

      - Chrzań się - radośnie krzyknął Maciej wciskając F10. - O, przyjemne... Cześć babciu... o, ciocia. Hehe, wyszedłem chyba z eroprogramu, no ale nic... Zaraz, babciu... czemu masz taki ostry makijaż?

      - Zamknij ryj wnusiu i do roboty.

      - Aaaaaa!!! - znów krzyknął Maciej, tym razem nie był to zbyt radosny krzyk. - Aaaa!!! - kontynuował. - Eskejp, eskejp, gdzie ten pierdzielony eskejp?! Jest... fak mać, zawiesił się... babciu, ubierz szlafrok, błagam... ciociu, zejdź ze mnie, aaaa, zejdź, boli... odłóż ten pejcz mamo, Boże, nieee, dziadek... aaaaa...

      Maciej obudził się. Na czole miał pot.

      - Maciuś, śniło ci się coś złego? - usłyszał głos matki. - Jakiś koszmarny sen?

      - Tak mamusiu... koszmar... ale to tylko sen w końcu.

      - Już ci lepiej?

      Maciej pokiwał głową.

      - No to skoro tak to weź to do ust.

      

      - Aaaa!!!!

      Niebieskość rozświetliła wirtualny koszmar Macieja. Błąd nr 132131324EC2000 w sektorze 707. "Jednak Bóg istnieje" - pomyślał Maciej wyłączając komputer z sieci.

      Nasz bohater usiadł na kanapie i zaczął głośno rozmyślać:

      - Gdy wspomnę swą młodość, górną i durną ogarnia mnie smutek i żal i leją się łzy me rzęsiste. Miałem ideały, miałem jakiś cel w życiu. A teraz? Już nic mi się nie chce... ani rzeczywista rzeczywistość, ani nawet wirtualna nie zaspokaja moich potrzeb. Bo ja już nie mam potrzeb. Najchętniej zachlałbym się na śmierć...

      Maciej, pragnąc zrealizować swoje pragnienie, ruszył do sklepu monopolowego. W tym celu wziął z szuflady ze stringami ostatnie oszczędności z Ogurasów. Zamierzał zachlać się na amen.

      - Cześć Maciek, dawno cię tu nie było.

      - Ale teraz jestem, dawaj wszystko co masz, chcę się zachlać na amen.

      - Kurczę, poważna sprawa. Słyszałem, że zona cię zostawiła dla innej.

      - Ty wszystko wiesz... Ale to nie jest ważne. Wczoraj doszedłem do wniosku, że życie nie ma sensu. Więc zachlam się na śmierć. O.

      - Yhy, dobrze, to co ci pakować?

      - Nie będziesz próbował namówić żebym tego nie robił? - zmarszczył się Maciej.

      - Staaary, toż to interes mojego życia, miałbym zarzynać złotą kurę? O nie... Poszedłbyś wtedy na jakiś most i nikt by z tego nic nie miał, albo powiesił się... no wtedy może hurtownia sznurka by zarobiła, ale ile? 5 groszy... a tak zostawisz u mnie kilka paczek dobrego keszu i będzie gitowo. Ile masz kasiory? - pan Wiesiek nie krył zadowolenia.

      - Ty stary pedale... tak nisko cenisz życie drugiego człowieka?! - Maciej się zdenerwował, używają eufemizmu. - Za 10 patyków życie kumpla sprzedasz, Judaszu? O nie, nie zachleję się. Mało tego, zostanę abstynentem. Od dziś wiem co będę robił. Znalazłem cel. Dziękuję ci, że otworzyłeś mi oczy...

      - Maciek... eeeeee, po co ci ten nóż? - pan Wiesiek już nie był zadowolony.

      - Nie jestem Maciek... jestem... Nozwieratu!

      Na targaną emocjami twarz Macieja - Nozwieratu trysnęła krew. Ostrze noża nagrzało się ciepłem ciała pana Wieśka. Sprzedawca upadł na podłogę...

      - Maciek, jesteś szaleńcem.

      - Nie jestem Maciek. Jestem Nozwieratu.

      - Ale... ale wyglądasz jak Maciek... - rzęził pan Wiesiek.

      - No i chuj - rzucił niedbale Nozwieratu i wyszedł na ulicę.

      Miastem wstrząsnęło to brutalne zabójstwo. A potem kolejne... wszystkie łączyło jedno - ofiarami byli sprzedawcy w sklepach monopolowych. W Neews-łyku napisali: "Kimże jest ten tajemniczy przystojniak mordujący sprzedawców w sklepach monopolowych? Czy na pewno jest taki zły? Bo jeśli alkohol szkodzi zdrowiu to alkohol jest zły, a mordując człowiek ten likwiduje zło. A każdy wróg jest kimś dobrym. Wybaczmy mu, że zabija..."

      - Szczupak, niezły artykuł, ale nie sądzisz, że trochę kontrowersyjny?

      - Panie prezesie, mi się bardzo podoba - rzuciła długowłosa laleczka siedząca na biurku.

      - Tak wiem, ale artykuł o tym, że to Żydzi mordowali Niemców w Oświęcimiu też ci się podobał...

      - No bo dobry był. Przynajmniej coś nowego, odkrywczego...

      - Ale pytam Macieja - przerwał jej prezes Ćwikłowicz. - Maciej, kurwa, śpisz?

      - Co co jak co?

      - To! - Ćwikowicz wskazał nerwowo artykuł na pierwszej stronie gazety. - Co to ma być?

      - Mój artykuł. Niezły, co?

      - Kurwa! Niezły? Policja w całym mieście szuka tego całego Nosferata, ludzie paraliżuje strach, państwo traci kilkaset milionów złotych tygodniowo z powodu spadku popytu na alkohole a ty piszesz, że to jest dobre?

      - Po pierwsze, nie Nosferatu tylko Nozwieratu. A po drugie ja nie piszę, że on nie robi źle. Bo robi źle. Ale przy tym robi dobrze no i na tym się skupiam. Jest szansa na lepszy świat jeśli ludzie to zaakceptują.

      - No ale Polmos upada w tym momencie! - krzyknął prezes.

      - No i co z tego?

      - Ano to, że mam 37% akcji tej spółki... a to oznacza, że wypierdalam cię z pracy. Chyba, że napiszesz na jutro artykuł zaprzeczający temu dzisiejszemu.

      - Ooo, to może być czadzik! - krzyknęła radośnie laleczka z biurka.

      - Karina, kurwa, tyle razy ci mówiłem żebyś nie wąchała lakieru do paznokci w pracy... To co Szczupak, piszesz artykuł czy żegnamy się na wieki?

      Maciej podrapał się po głowie.

      - Napiszę - odrzekł w końcu, choć widać że coś w nim walczyło.

      Usiadł przy komputerze i zaczął pisać:

      "Nozwieratu. Każdy zna jego imię ale nie każdy wie kim tak naprawdę jest. Myślimy, że jest potworem o twarzy mutanta krokodyla ze szczurem, myślimy, że ma dwa i pół metra wzrostu, myślimy w końcu, że jest zdolny rozszarpać każdego na strzępy. Najstraszniejsze jest to, że tak właśnie jest w rzeczywistości. Co możemy zrobić by ratować nas, ratować upadającą Rzeczpospolitą, ratować rodzaj ludzki. Niewiele... Nie ma żadnych środków przeciw temu potworowi. Prócz jednego. Naszemu, świętej pamięci już, redaktorowi Maciejowi Brząkadełeczko-Szczupakowi udało się dotrzeć do Nozwieratu i przeprowadzić z nim wywiad. Niestety nie zachowała się kaseta z tą rozmową. Chwilę przed śmiercią Maciej zadzwonił do redakcji i powiedział, że Nozwieratu obiecał przestać zabijać i wrócić do Rosyjskiej tundry za skromne 200 milionów złotych. Poniżej drukujemy numer konta bankowego na który prosimy wpłacać pieniądze... Jeśli chcecie by wasze rodziny były bezpieczne, by wasze dzieci spokojnie chodziły po piwo dla was, by Rzeczpospolita nie upadła - wpłaćcie. Każda suma będzie dobra, ale im większa tym lepsza."

      - Daj to na pierwszą stronę.

      - Nie no Szczupak, Ćwikłowicz mnie zabije jak znowu jakieś pierdoły na pierwszą stronę wrzucę.

Romek, no weź...

      - Nie ma mowy.

      - Dam ci lizaka.

      - Powaga? Łaaał, czupaczups! Truskawkowy... mój ulubiony - Romek zaczął oblizywać się. - Hm...

      - Pewnie masz ochotę na tego lizaka, co nie? Ja też mam na niego ochotę - Maciek zaczął rozwijać czupsa z folijki.

      - Dam na pierwszą stronę, wytłuszczonym drukiem, czcionką nagłówkową... tylko daj mi tego lizaka, proszę...

      Nazajutrz artykuł ukazał się, Szczupak zaszył się w domu i przez internet sprawdzał stan swoje konta... z minuty na minutę było co raz więcej... stawał się cholernie bogaty. Gdy ilość pieniędzy na jego koncie przekroczyła 100 milionów złotych zaczął się bać. "Kurde, teraz to mnie zabiją. I okradną. Stracę wszystko i albo będę trupem, albo będę biedakiem. Boże, jak ja się boję. Trzeba stąd uciekać... Tylko gdzie? Wszędzie mnie znają. Wszędzie. Dobra, może na początek wyjdę z domu... ale nie, jak ktoś zobaczy, że żyję to mnie zabije bo przecież i tak jestem teoretycznie martwy. To znaczy martwy jestem w mediach a co jest w mediach to jest w życiu... ale sobie narobiłem...". Maciej wyszedł na ulicę przebrany za swojego wujka Kazika.

      - O, pan Kazimierz. Dzień dobry, dzień dobry! - zaczepił go jakiś staruszek. - Co? Na pogrzeb siostrzeńca idziemy?

      - Co? - zdziwił się Maciej. - A tak, tak - załapał.

      - Biedny chłopak.

      "Nie taki znowu biedny" - pomyślał Maciek.

      - No, biedny... ale trudno. Przynajmniej już nie będzie tego całego Nozwieratu i będzie można zacząć żyć normalnie. A pan też na pogrzeb?

      - Ja? Niee, ja z poczty wracam. Wysłałem na konto pieniądze dla potwora. Całe oszczędności moje i mojej żony, uzbierane z przez 20 lat z emerytury.

      - Ooo, to pewnie dużo kasy? - zmieszał się Maciej.

      - No tak. 157 złotych i 22 grosze... no i do tego złote zęby dwa...

      Wtem pod blokiem Macieja zatrzymała się czarna lancia. Wysiadł z niej prezes Ćwikłowicz, wziął megafon i zaczął krzyczeć:

      - Szczupak, ja cię zapierdolę! Wyłaź oszuście!

      - No nic, na mnie czas już - zreflektował się Maciej w przebraniu wujka Kazika. - Do widzenia.

      - No do zobaczenia, Kaziuk.

      Maciej oddalił się, wsiadł do taksówki i ruszył w kierunku lotniska. Tymczasem pan Antoni podszedł do wrzeszczącego prezesa Ćwikłowicza i uderzył go laską.

      - Co jest dziadku? - zapytał zaskoczony Ćwikłowicz.

      - Nie jestem twoim dziadkiem, wariacie. Zabieraj mi się stąd, dobrego imienia bohatera nie szarp.

      - Odpierdol się ode mnie, ten Szczupak żyje, sam napisał ten artykuł. Okradł ludzi a Nosferata nawet pewnie na oczy nie widział. Szczupak, ty oszuście!

      Pan Antoni zagwizdał jakąś melodię ("Na sztos rzuciliśmy swój życia los" czy coś takiego). Po chwili na ulicy zaroiło się od emerytów, uzbrojonych w laski, sztuczne szczęki i aparaty słuchowe.

      - Zabić go! Zabić! Na Jaremu!!! - krzyknął Eugeniusz Kocyba wyciągając lancet.

      - Gieniek, ty znowu swoje? Rzuć ten lancet na chodnik... no... Bolszewika goń!!!

      Reszta kombatantów odpowiedziała zgodnym chórem i ruszyła na Ćwikłowicza. Prezes próbował się bronić, ale emeryci mieli przewagę liczebną. Wygrali. Ćwikłowicz poległ.

      Po niespełna dwóch godzinach przyjechała wezwana przed całym zajściem policja. Zdjęli odciski palców, przesłuchali świadków. Wieczorem było już gotowe oświadczenie dla mediów.

      - Przerywamy program by podać najnowsze informacje w sprawie tak zwanego Nozwieratu. Otóż dzisiaj w godzinach przedpołudniowych został zatrzymany Janusz Ć., prezes jednego z tygodników codziennych. Wszystkie dowodu oraz zeznania świadków wskazują na to, iż podejrzany jest Nozwieratem. Obciążające go zeznania złożył między innymi pan Józef, który powiedział, że Ćwikłowicz J. groził Szczupakowi śmiercią. Obciążający jest także artykuł w Neews-łyku oraz zeznania Kariny Wyżłop, która była świadkiem pogróżek Janusz Ć. pod adresem Szczupaka. Ponadto przy podejrzanym znaleziono całkiem nowy lancet, najprawdopodobniej służył on Nozwieraczowi jako narzędzie zbrodni... A teraz uczcijmy śmierć Macieja Brząkadełeczko-Szupaka, bohatera, minutą ciszy.

      - Mam nie mlaskać? - zapytał ktoś spod biurka.

      - Minutą nie minetą. Przepraszam państwa bardzo. [1 minuta ciszy] Dziękuję, i życzę spokojnej nocy...

      A Maciej siedział już w samolocie na Nową Zelandię. Usłyszane w radiu wieści, iż schwytano Nozwieratu jakoś go nie wzruszyły. Zawsze wierzył w sprawiedliwość i potęgę polskiej kryminologii.

      Podróż nie trwała długo... to znaczy realnie trwała bardzo długo, bo samolot musiał się kilka razy zatrzymać ze względu na awarię silnika i stateczników, ale Maciejowi się nie dłużyło.

      - Karinka, ale z ciebie fajna dziewczyna jest - zachwycał się Maciej. - Tyle czasu pracowaliśmy biurko w biurko i dopiero teraz doceniłem jak wspaniale jest cię przelecieć.

      - Och Maciusiu, od chwili kiedy cię zobaczyłam kochałam się w tobie. Wieczorami pieściłam się patrząc na twoje zdjęcie...

      - Skąd miałaś moje zdjęcie? - zdziwił się Szczupak.

      - Miałam...

      - Zaraz, zaraz... przecież to ty!!! To ty poderwałaś mi żonę... to ty rozbiłaś nasze małżeństwo! - twarz Macieja była pomarszczona jak coś pomarszczonego. - Jasne, teraz wiem co mnie w tobie podniecało...

      - Maciek, daj mi sobie wytłumaczyć.

      - Nie chcę cię słuchać, kobieto.

      - Wysłuchaj mnie, błagam. Zawsze kochałam się w tobie... Żanetę poderwałam, owszem, ale tylko po to by uwolnić cię od niej i być z tobą... i udało mi się... przynajmniej tak myślałam, do dzisiaj. Do teraz... - Karina zmarszczyła się (co oni tak wszyscy się marszczą? wątrobianki się nażarli czy co?). - Nikt mnie nie kooochaaa...

      I no się zaczęło, Karina w ryk, żaba cyk, stary byk zrobił bzyk (w toalecie). Generalnie to Maciej starał się udowodnić, że jednak Karinę kocha.

      Po tygodniu znaleźli sobie śliczny domek, w górach, gdzie nowozelandzki halny smagał im twarze, nowozelandzkie owieczki biegały sobie po pastwiskach i łąkach...

      - Maciek, ale fajnie nam tutaj, co nie? Tak cicho, spokojnie. Fajnie. Nikt nie przeszkadza nam, nikt nie zabiera czasu... wspaniale nam tu, prawda? - pytała ironicznie Karina.

      - Prawda, prawda, marzyłem o tym od lat. Tego mi było trzeba. Właśnie tego... Ciszy...

      Wtem na chlewik spadł mały samolot bojowy typu Schast-Prast. Nic nie wybuchło, zrobiło tylko takie łubudu ogólnie... Maciej z Kariną stali jak wryci (a jak! - przyp. kreta). Po chwili z samolotu wyszedł człowiek...

      - O, bą madmłazell! Że prą pa par avią...

      - Co?

      - Parlewu franse?

      - Nie bardzo.

      - Chujowo.

      - Słucham?

      - Mówię, że chujowo, bo się nie dogadamy.

      - Dogadamy się, przecież pan mówi po polsku.

      - No tak, ale gdzie ja tu na Nowej Zelandii znajdę kogoś kto mówi po polsku...

      - Ano fakt - przytaknął Maciej. - No nic, tam w dole jest wioska, na pewno pan znajdzie kogoś kto zna francuski.

      - Dobrze, dziękuję państwu serdecznie. A za chlewik przepraszam. Weźcie sobie mój samolot, są tam dwie głowice atomowe. Sprzedacie dla Irakijczyków i będziecie mieli chlewik jak malowany. Sory ogólnie rzecz biorąc.

      - Nie ma sprawy.

      Dziwaczny gość ruszył piaskową drogą do wioski.

      - Dziwaczny gość z niego - zdziwił się zdziwiony Maciej.

      - No - zgodziła się ze zdziwionym Maciejem zdziwiona Karina. - To co robimy?

      No i zrobili co mieli zrobić a jak już zrobili to już nie robili bo po co skoro już to zrobili. Logiczne w sumie.

      W sumie to najwięcej rozmawiali. O tak, generalnie na rozmowach najwięcej czasu im upływało. A rozmawiali o wszystkim, o przeszłości Macieja... o przeszłości Macieja... i... hm, o przeszłości Macieja. Rany, oni w kółko o tym jednym.

      - Maciek, my nic tylko na twój temat rozmawiamy. Nic cię nie interesuje moja osoba...

      - Przepraszam, coś mówiłaś? Nie no sory, ale właśnie wpisywałem kolejne wspomnienie do Memoriału Szczupakowego.

      - Mówię, że tylko o tobie rozmawiamy. W ogóle nie obchodzi cię moja osoba.

      - Mówisz, że mam problem? Nie mam problemu. Jestem w porządku.

      - Masz problem, facet. Zresztą posłuchaj... znów gadamy o tobie, nawet jak nie gadamy o tobie. Co to ma znaczyć. Masz tu listę pytań które masz mi zadać.

      Karina wyciągnęła gruby brulion i wręczyła go Maciejowi.

      - Ile? 2400 pytań? Co to ma być, kwiz jakiś? Daj spokój, dziewczyno...

      - Pytaj bo nie będzie.

      Maciej zawahał się.

      - Nie mówisz serio.

      - Mówię.

      - Blefujesz... - powiedział Maciej stanowczym głosem, choć w duchu nie był ani stanowczym, ani głosem.

      - Powaga. Od dziś nie ma.

      - Dobra, no to pytam... Eee, no dobra. Ile miałaś lat kiedy po raz pierwszy uprawiałaś seks?

      - 14.

      - Drugie pytanie. Ile miałaś lat kiedy po raz drugi uprawiałaś seks?

      - 14.

      - Trzecie, ile miałaś lat... nie, to jakieś jaja są! - krzyknął Maciej kartkując zeszyt.

      - Dobra, to leć dalej, od 1200 są bardziej szczegółowe.

      - 1200... hm, dobra... Ile miałaś orgazmów 17 czerwca ubiegłego roku.

      - 7.

      - Raby Julek, a ja myślałem, że ja jestem erotomanem. Bijesz mnie na głowę. Zastanawiam się czy chcę być z kimś tak zbrukanym, z kimś tak nieczystym... Muszę się chwilkę zastanowić.

      Maciej zastanowił się chwilkę.

      - Odchodzę Karina. Kurwa, jestem bogaty, mądry, przystojny a siedzę w zabitej dechami dziurze z emerytowaną nimfomanką. Na razie Karina. W szafie masz 10 baniek, zrób z nimi co zechcesz.

      - Ale Maciej...

      - Nigdy cię nie kochałem. Chcę odnaleźć swoją prawdziwą miłość. Tak, daleko na hebanowej pustyni, gdzie ryczą łosie i afrykańskie tygrysy czarnopase, tam odnajdę moją miłość. Buheme Saldeme Dżubul-khali.

      Karina milcząc patrzyła, jak Maciej odchodzi.

      - Ale dałem ciała z tym chlewikiem.

      - Cicho, ważne, że się nie domyślił... Ooooo taaaaak, śsij ją... pieść... ooooh, kochany...

      Jakież to szczęście, że Maciej nieświadomy był zdrady. A był nieświadomy nie tylko dlatego, że nie wiedział. Chcąc zapomnieć o Karinie upił się do nieprzytomności w karczmie "Zdechły cap".

      - I wiecie, ja ją wtedy podbechtałem, hihi, że że że... no ale wiecie chłopaki jak jest. O ona mi mówi... he he he, ona mi mówi że mały jest. To ja do niej ha ha, ja do niej żeby go chapnęła. No i wiecie... zdziwiła się dziewczyna.

      - Buahaha, stary, ale z ciebie gość. Ile miała ta cizia?

      - 13, może 14. Stara ale jara jak to się mówi. Barman, nalej mi jeszcze bimbru z owczego mleka! I wszystkim po piwie.

      - Robi się, Maciek.

      - Zdrowie Macieja Polaka! - krzyknął ktoś z głębi sali.

      - Zdrowie!!!

      Maciej obudził się następnego dnia. Było mu zimno. "Cholera, jestem chory" - pomyślał (oczywiście jego myśl została poddana eufemizacji - wersja surowa brzmiała: "kurwa ale ziąb, chory kurwa jestem, kurwa"). Otworzył oczy. Okazało się, że jest zupełnie nagi. Związane nogi i ręce bolały. Odczuwał też podejrzane pieczenie dolnej części pleców.

      - Kurwa, znowu? - załamał się. - Co ja mam teraz zrobić? Ktoś zachrzanił mi walizkę z pieniędzmi, ubrania, dokumenty i nawet mojego tyłka nie oszczędzili. Jestem zbrukany... KURWA!!!

      - Czego się drzesz, człowieku, ludzie śpią.

      - Kto tu jest? - Maciej przestraszył się. - Halo?

      - Ja jestem. Jestem Edvaard, Jane Edvaard. Generalnie zajmuje się odzyskiwaniem utraconych dokumentów po ipmrezach w karczmie "Zdechły cap". A tyś kto?

      - Jestem Maciej...

      - Aaa, Maciej. Hi hi hi - zaśmiał się szyderczo Edvaard. - Wczoraj nieźle zapiłeś...

      - Zapiłem, okradli mnie! - oburzył się Maciej.

      - Okradli? Przepiłeś kilka milionów złotych. Po północy pod knajpą było prawie 1000 osób, karczma sprzedała 12 tysięcy litrów whisky, 17 tysięcy litrów piwa i w ogóle... do tego zakąski... Dzisiaj zamknęli interes, zapewniłeś im dostatnie życie na całe życie...

      - A ubranie? Rozebrali mnie... i zgwałcili, zboczeńcy.

      - Tiaaaa... Byłeś tak napruty, że zrobiłeś striptiz... W końcu zaczęła się orgia, prawie 200 kochających się par. Festiwal miłości jakiś... Nie wiem kto z kim...

      - I ja tego nie pamiętam... - zmartwił się Maciej. - Ale zaraz, powiesz mi jeszcze, że sam się przywiązałem do drzewa?!

      - Nie, to zrobiłem ja jak się zacząłeś dobierać do mojej żony.

      - Ale mi głupio.

      - Będzie ci głupiej jak ją zobaczysz... No ale nie ważne. Dobra, ja idę do domu. Na razie!

      - Heej!!!- krzyknął Szczupak. - A ja co? Mam tu tak wisieć na golasa?

      - A co mam ryzykować, jeszcze mi dzieci zgwałcisz...

      - Nie zgwałcę, obiecuję... zobacz jak mi zwisa, o.

      - No faktycznie. Ale czekaj, co ja będę z tego miał - w Edvaardzie obudził się zmysł dorobienia interesów.

      - Mam fortunę na koncie w Szwajcarii! Odpalę ci coś z tego!

      Edvaardowi błysnęło w oku.

      - Stoi... ale czekaj, na jakim koncie? Może na tym? - Jane wyciągnął złotą kartę bankową Swiss Bank. - Tak?

      - No tak. Mam tam ponad 50 milionów dolarów.

      - Nie kituj - Jane zrobił gest pt. "jedzie mi tu czołg?". - Chcieliśmy wczoraj troszeczkę oczyścić to konto, ale prezes banku powiedział, że pieniądze z konta pana Ćwikłowicza zasiliły budżet Polski.

      - Co?!

      - Mówiła, że to morderca i że siedzi w pierdlu w Polsce. Nie obchodzi mnie skąd masz tę kartę, ale nie chcę wchodzić w żadne brudne interesy. W sumie sieć pralni w Szwecji w zupełności mi wystarczy...

      - Jane, chono do domu bo mi cycki sterczą! - odezwał się kobiecy głos z lasu.

      - Oho, moja żona, Helga. Duża kobieta, strasznie napalona, ale jej ojciec ma spore udziały w wytwórni filmowej Szmiramax... Już idę kochanie! Zostaw wibrator w szufladzie, idzie twój misiaczek pysiaczek.

      Maciej wisiał przywiązany do drzewa jeszcze dwie godziny aż w końcu sam się odwiązał (w końcu miał kilka patentów żeglarskich i węzły znał). Z małej drewnianej chaty dobiegały odgłosy rozkoszy w stylu "ohhh", "aaaaaaa", "iiihhh", "ooooo", "o kurwa", itd. Ale Maciejowi nie w głowie było podglądać... no trochę tylko zerknął, ale nic poza tym. Poszedł dalej, w głąb lasu. Przeszedł niespełna kilometr kiedy ujrzał kobietę. Siedziała na kamieniu i płakała.

      - Łeeeeeeee...

      - Czemu płaczesz? - zapytał opiekuńczo Maciej.

      - Łeeeeeeee... - kobieta wyła kryjąc twarz pomiędzy kolanami.

      - Czego beczysz?! - ostrzej zapytał.

      I słusznie, bo kobieta podniosła głowę. I wtedy ją poznał. Tak. Dobrze myślicie. To była Juanita we własnej osobie. Makijaż miała rozmazany, ale mimo to wyglądała kusząco.

      - MACIUŚ!? - zdziwiła się baaardzo. - Nie, ja śnię... ja śnię...

      - Cześć Juanita. Fajnie, że cię spotkałem, kopę lat w sumie. Dobra, ale nie mam czasu. Muszę lecieć, wracać do Polski.

      - Ale...

      - Na razie!

      - Łeeeeeeee... - Juanita schowała twarz pomiędzy kolana i kontynuowała swój ryk.

      Maciej dotarł szczęśliwie na lotnisko, wsiadł w samolot byle jaki nie dbając o bagaż (bo go nie miał) ani o bilet (mało go kanar z samolotu nie wywalił, ale zlitował się widząc nagiego smutnego człowieka.

      Na Okęciu nikt go nie witał... Mało tego, zaraz aresztowała go policja za publiczne obnażanie się...

      - Nazwisko! - zapytał inteligentnie funkcjonariusz.

      - Brząkadełeczko-Szupak...

      - Ooo, czyżby rodzina TEGO Szczupaka?

      - Jakiego tego? - zdziwił się Maciej.

      - No Macieja, naszego prezydenta!

      - Prezydenta? Jakieś jaja robie robicie?

      - No jak jaja? Aaa, dawno pan w kraju nie był. Mieliśmy tu taką sprawę z seryjnym mordercą, Farmazon... nie, Pergamin...

      - Nozwieratu.

      - A no właśnie. No i on był seryjnym mordercą... no i mordował... Ale w końcu poszedł na układ z potworem, który nie był potworem tylko prezesem Neews-łyka. I zrobił mistyfikację z własną śmiercią... Zgarnęliśmy tego, no jak mu tam...

      - Nozwieratu.

      - Właśnie, no, no, no. No i zgarnęliśmy prezesa. I się okazało, że ten Szczupak żyje... No i tak się potoczyło, że został bohaterem narodowym... I poleciało, najpierw został ministrem obrony, a potem prezydentem... Są szanse, że zostanie sekretarzem generalnym NATO...

      - Ale, to niemożliwe...

      - Jak to niemożliwe?

      - Bo to ja jestem Maciej Brząkadełeczko-Szczupak!

      - Bez jaj, koleś. Zobacz... o, jaką brodę ma.

      - O kurwa.

      - No, przystojny facet - policjant rozmarzył się.

      - Zapierdolę skurwysyna!

      - Cooo???

      - Przecież to jest brat Albert z zakonu Karmelitów!!! Podszył się pode mnie... skurwiel...

      Macieja wywieziono w pasach do policyjnego zakładu opieki psychiatrycznej.

      - Panie Szczupak... jest pan u nas dwa miesiące i nadal pan twierdzi, że jest pan prezydentem. Wyniki badań są w porządku, ale to jest niepokojące. Nie możemy pana zwolnić...

      - Doktorze Kindziuk, gość specjalny do pana Szczupaka.

      - Jaki gość? Przecież to zamknięty oddział.

      - Pan prezydent... - szepnął z nieukrywaną dumą doktor Faleza.

      - Dobrze, niech wejdzie...

      Do sali wszedł prezydent RP Maciej Brząkadełeczko-Szczupak.

      - Dzień dobry Albercie.

      - Tyyyy, tyyyy... - Maciejem zatrzęsło na widok brata Alberta w garniturze. - Jak mogłeś? Po tylu latach przyjaźni?

      - Panowie pozwolą, że zostanę z pacjentem sam na sam?

      - Ale on jest niebezpieczny.

      - Poradzę sobie - po tych słowach doktor Faleza i doktor Kindziuk wyszli, aczkolwiek niepewnie.

      - Maciek, sory za to. Zniknąłeś... myślałem, że naprawdę się przekręciłeś. Więc pomyślałem, że czas zrzucić sutannę. Poza tym staaary, jakie laski na mnie leciały...

      - Zabiję cię.

      - Spokojnie, Maciek, odłóż to krzesło... aaaaa, ratunku, doktorze Faleza!!! Doktorze Kindziuk!!!

      Macieja zapięto w pasy. Już nikt więcej go nie odwiedzał... Każdy dzień spędzał w izolatce, 24 godziny samotności na dobę. Z zaciekawieniem czekał na to co może przynieść mu los.






© 2004 Łukasz Jedynasty




(c) 1999-2009  Agnieszka i Łukasz Jedynaści