![]() |
|
Łukasz Jedynasty Ucieczka z beczki soli Z trudem otwieram oczy. Nikogo przy mnie nie ma - sam już nie wiem, jak się czuję. Nie potrafię określić, czy odczuwam żal po stracie przyjaciółki, czy szczęście - w końcu jestem sam i nareszcie mogę cieszyć się niezmąconą ciszą przerywaną przez delikatne uderzenia suchych gałązek o zaszronione szyby w oknie mojego pokoju. Potwornie boli mnie głowa, ale nic w tym dziwnego. Wczoraj coś się stało. Podczas pościgu porządnie oberwałem w łeb mieczem. Ten sukinsyn zmiażdżył mi tytanową kość tuż nad uchem. Nie nadaje się do naprawy, najprawdopodobniej przecieka, ale nie będę tego sprawdzał - za duże ryzyko uszkodzenia jednostki centralnej. Jestem sam... To boli, bardzo boli. Jeszcze wczoraj otaczali mnie znajomi, przecież bawiłem się jak co sobotę. Wypiłem dość dużo... Dochodzi 5:30, chyba będę musiał wstać. Odkąd Jego Wspaniałość wprowadził ustawę o obowiązkach dobrego człowieka, nie można spać w niedzielę dłużej niż do 6:00. Tylko Rada Starszych może spać w niedzielę tak długo, jak tylko zechce. Tylko oni. Nigdy nie rozumiałem dlaczego tak jest. Przecież i tak większość ludzi z naszego miasteczka w niedzielę chodziła na poranną mszę do kościoła, właśnie na 6:00, po co więc oddziały wywiadowcze Eminencji Stanowego ciągle kręcą się tutaj w poszukiwaniu innowierców? Nie potrafię tego pojąć... Wczoraj dobrze się bawiliśmy, cała nasza piątka: Harry, Jane, Marrion, Florie i ja. Wszystko było naprawdę wspaniałe - muzyka, nota bene zakazany przez Eminencję rock'n'roll; mocne trunki, trochę błądzenia dłońmi po tyłeczku Jane. Nie tańczyliśmy, nikt nie tańczył. O ile można było ukradkiem, pod stołem, dotykać się, o tyle taniec był zbyt wielkim ryzykiem... O nasz stolik zahaczył jeden z mnichów oddziału Wojowników Boga. Spojrzał na nas jakbyśmy byli trędowaci. Pamiętam, że zmarszczył czoło. Pot wystąpił na jego czerwoną twarz. Wyciągnął swój miecz i bez wahania uniósł go do góry. W jego oczach czaił się gniew, który niczym wzburzona fala morskiego prądu przepłynęła po nas, mrożąc w żyłach krew i nie pozwalając nabrać głębiej powietrza. - Hej, opuść miecz! - Jane, moja przyjaciółka krzyknęła niedowierzając. - Proszę, przecież my się tylko tutaj bawimy... - W imię Boga i chwały boskiej każdy, kto podnosi głos na sługę bożego jest bluźniercą i musi ponieść śmierć. Taki jest dekret Jego Wspaniałości... - odparł dziwnym tonem. Spokojnym, ale jednocześnie podnieconym, jakby wizja śmierci, która bez wątpienia krystalizowała mu się w głowie pieściła jego zmysły. - Ja tylko jestem narzędziem. To Bóg kieruje moimi czynami. Boże, niechaj Twoje słowo stanie się czynem. Albowiem święty jesteś Panie i źródło wszelkiej świętości... Patrzyłem na niego. Patrzył wprost przed siebie. Wyglądał tak, jakby był złem wyrwanym z fragmentu jakiegoś diabolicznego obrazu... Na jego stalowym naramienniku lśniły cztery złote krzyże. Nie wiedziałem co to oznacza, nie chciałem wiedzieć. Ale musiał to być ktoś ważny w hierarchii Kościoła. Mnich mówił coś pośpiesznie. Nagle opuścił miecz na głowę Jane, odkrywając część jej mózgu. Na jego twarz trysnęła lepka, czerwona substancja. Krew była wszędzie - na stole, na podłodze, na ścianie. Jane patrzyła na mnie lśniącymi, czarnymi oczyma. Zamknęła powieki i osunęła się na ziemię w kałużę własnej krwi. - Niechaj na ten przykład zwrócą oczy ci, których dusza bluźniercza przynosi słowa i czyny. Niech patrzą na krew tej dziwki ci, którzy drogę swoją dzięki Szatanowi obrali... Oparł ostrze miecza o podłogę, ukląkł i zaczął się modlić. Ja też ukląkłem. To zapamiętałem jeszcze z przedszkola, kiedy mojemu koledze mnich uczony obciął ucho za to, że stał podczas modlitwy.., Zawsze trzeba klęczeć na obu kolanach, plecy nie mogą być zgarbione, a kolana muszą być zgięte pod kątem prostym. Takie są zasady. A więc ukląkłem i zacząłem coś mamrotać pod nosem... A może raczej modliłem się, żeby nie podszedł do mnie i przyczepił się za to, że nie trzymam prosto pleców. Nie mogę trzymać się prosto, mam krzywy kręgosłup! Ale ich to nie obchodzi. Nigdy nie obchodziło... Patrzyłem na ciało Jane. - Boże, o Panie nasz. Tyś do piekieł posłał tę duszę brudną, która obraziła Ciebie swoim zachowaniem. Proszę Cię, Boże, wskaż tych, którzy imienia Twego nie wielbią, aby na nich Twój wyrok był wykonany... Modliłem się, nie o to o co mnich. Chciałem tylko, żeby sobie poszedł, zostawił nas w spokoju... Miałem pecha. Uderzyłem niechcący w nogę o stołu i na ziemię spadła porcelowa filiżanka, nie tłukąc się co prawda, ale to wystarczyło by przeszkodzić mnichowi w jego modlitwie. Zamknąłem wilgotniejące ze strachu oczy. Na jasny, dębowy stół poczęły skapywać kropelki chłodnego potu. Nie chciałem patrzeć, ale czułem, że wydarzy się za chwilę coś niedobrego. Usłyszałem kroki. Na twarzy poczułem smród czyjegoś oddechu, szyję oblało zimno zaciskającej się stalowej rękawicy. Otworzyłem oczy - stał tuż przy mnie trzymając mnie za gardło. W jego przekrwionych oczach widziałem pragnienie zemsty, przelania krwi. Mojej krwi. Zabijanie innowierców to był widok normalny, ale ja... na litość boską, Jane!!! Przecież była wręcz idealną katoliczką! Miała jedynie 17 lat, poważnie zastanawiała się nad wstąpieniem do zakonu. Może nie była już niewinna, ale... Boże!!! Nie zasłużyła sobie na śmierć. Nigdy. Kochałem ją jak córkę. Córkę, której nigdy nie miałem. Może i mogłaby być moją wnuczką, ale okazywała pełnię zrozumienia dla mnie i mojego charakteru. Była cudowna... - Czy wierzysz w Boga? W jedynego stwórcę, ożywiciela, nadzieję i wybawcę? Czy wierzysz w Jezusa i w jego nauki? - Ja chciałem... - Milcz!!! - krzyknął przeraźliwie. - Ty nie wierzysz... Wierzący człowiek wie czym jest dla posłańca bożego modlitwa. Wie. Ty tego nie wiesz, jesteś już przeklęty przez Boga. On jest litościwy, ale dla takich jak ty nie ma litości - powiedział ochrypłym głosem i uniósł czerwony od krwi miecz. Kropelki czerwonobrunatnej mazi skapywały na blat stołu. Nie byłem chyba świadomy tego, że to moje ostatnie chwile tutaj. Ale tak to jest, jak człowiek przeżyje 75 lat to myśli, że jest już nieśmiertelnym. A o nieśmiertelność mogą ubiegać się tylko wyżsi przedstawiciele Jego Wspaniałości i słudzy Boga. Nie tacy potępieni na wieczność ludzie jak ja... W każdym razie spojrzałem w oczy śmierci, która czaiła się pod postacią lśniącego, miejscami srebrnego miecza. Poczułem szarpnięcie w lewym ramieniu. Nie bolało, nie mogło boleć - było wykonane z włókien węglowych. Stare dzieje. Następne szarpnięcie powaliło mnie na podłogę. Wiłem się jak wąż błagając o litość. Spojrzałem na stojącego nade mną mnicha. Uniósł do góry miecz. Wiedziałem, że tym razem miecz upadnie na odsłonięte części mojego ciała. Patrzyłem na swoich przyjaciół. Wyglądali jak marionetki szarpane stalowymi nićmi przez szalonego kuglarza. Zresztą, wszyscy byliśmy marionetkami - i ja, leżący na podłodze w kałuży krwi, i cała reszta gapiących się tępo głupoli. Banda kretynów i ja, stary idiota na ich czele. W ramach walki z sektami pozwoliliśmy rozpanoszyć się Kościołowi do tego stopnia, że ingerował we wszystkie sprawy każdego obywatela. Brałem udział w głosowaniu, ponad pół wieku temu. Ogólnoświatowe referendum o powołaniu organu państwa, tzw. Bożej Służby. Od tego się zaczęło. Kiedyś odnalazłem książkę na strychu. Prawdziwą, papierową książkę. W niej było napisane o tym, co Kościół robił z ludźmi innych wyznań w Hiszpanii ponad 1000 lat wstecz. Inkwizycja. Zabronione słowo - za same jego wypowiedzenie groziła śmierć... Zresztą teraz ludzkie życie nie było nic warte. Za byle co można było umrzeć na ulicy, wykrwawić się w jakiejś zaplutej knajpie. Dla nich - ludzi Kościoła - jesteśmy nikim, ścierwem, które można rozdeptać. Marne robaki. Nikt nie pamięta jak było kiedyś. Nikt nie ingerował w to z kim i kiedy się kochałem, mogłem powiedzieć wszystko i wszędzie oby tylko nikogo nie obrazić. Nikt nie pamięta. Zresztą, kto ma pamiętać? Większość urodziła się za panowania kościelnej tyranii... Wojownik stał nade mną kilka minut po czym splunął mi w twarz i odszedł. Nie miałem sił by wstać. Nigdy nie pomyślałbym, że będę konał leżąc w kałuży własnej krwi. Chciałem umrzeć we śnie... Nie umarłem, ale to i tak bez różnicy. Chociaż prawdę mówiąc, wolałbym zdechnąć na zarzyganej podłodze w knajpie niż taplać się w tym gównie. Świat teraz przypominał szambo, do którego nagle cię wrzucono i zaspawano właz. Nie ma ucieczki. Nawet nie można nażreć się jakiś prochów, żeby oszczędzić sobie i innym cierpienia. Nie, na to Kościół nie pozwala i w razie samobójstwa do pudła wsadzają całą najbliższą rodzinę. Szczęście, że ja nie mam rodziny. Nawet nie mam przyjaciół. Jane nie żyje, Boże, Jane nie żyje! Ten skurwiel zabił moją Jane, moją ukochaną Jane... Jane!!! Żyjesz, prawda? Powiedz mi, że żyjesz, klepnij mnie w plecy i popatrz mi w oczy. To nieprawda co mówił ten mnich... morderca! Kłamca! Ty żyjesz, będziesz żyć wiecznie... Ja to wiem!!! Jane, będę cię szukał. Pamiętasz? Pamiętasz, Jane?! Odpowiedz, kurwa, odpowiedz mi... Błagam cię... Nie chcę tu ryczeć jak stara baba, Jane, brakuje mi ciebie... Ty żyjesz, ja wiem, że ty żyjesz. Kochana, czy pamiętasz jak pojechaliśmy na plażę. Wtedy to się stało, ja to wiem, dziś to czuję. Nie!!! Czemu tak późno?! Dlaczego nie wcześniej... Malutka, będę cię szukał. Znajdę cię i powiem ci coś, czego nigdy nie słyszałaś... Aaa!!! Mam gdzieś te ich popieprzone prawa, mam to wszystko w dupie... Nie ma sensu, już nic nie ma sensu. Nic!!! Absolutnie nic. Zero. Jane, gdzie jesteś? Odpowiedz. Idę do ciebie. Uciekam stąd, prosto w twoje ramiona. Mam dość tego, co się dzieje tutaj. Zaraz do ciebie przybiegnę. Ale czy będziesz chciała mnie znać, takiego starucha? Zaczekaj skarbie, już idę... Nadchodzę... - Jestem tutaj, Stearss, cały czas tutaj byłam... - Tutaj? Jane, jak to możliwe? - Jestem tutaj od naszej wycieczki na plażę, Stearss... Nosisz mnie w swoim sercu... Chwyć moją dłoń i rusz tyłek, dziadziuniu - zaśmiała się. - Już, już! - krzyknąłem pośpiesznie, choć dupę miałem jeszcze solidnie zaparkowaną w fotelu. - Czego się najadłeś? - Sam nie wiem... Ale grunt, że zadziałało. - To prawda. Nie żałujesz? - Nie, Jane, na Boga! Oczywiście, że nie! - Dobra. Idziemy na plażę? - wplotła swoje zgrabne, delikatne paluszki pomiędzy moje stare, pomarszczone paluchy. - To tu jest plaża? - No wiesz co? Tu jest wszystko to, co zechcemy, żeby było! - Aha. A masz strój kąpielowy? - Nie. - No to chodźmy... * * *
|
(c) 1999-2009 Agnieszka i Łukasz Jedynaści
|