![]() |
|
Łukasz Jedynasty Ciało
noc płonie jak rydwany szybkie pnące
- Poczekaj nie biegnij... dokąd?! - on krzyknął do niej. Ona stała o dwa kroki od ruchliwej ulicy. Była noc, niebo rozświetlały miliony gwiazd miasta. - Dokąd? - powtórzył pytanie. - Muszę biec. Chcę uciec. - Od kogo? - Od czegoś - dmuchnęła nerwowo w kosmyk włosów opadający na twarz. - Muszę uciekać, biec, inaczej nie dam sobie rady. - Z czym? - zapytał spokojnie, jakby chciał tonem swojego głosu ogarnąć jej szał. - Z czym nie dasz sobie rady? Dziewczyna spuściła wzrok, jej zadarty nos był niżej chodnika. Obróciła się w stronę ulicy. - Widzisz je? - Samochody? Widzę. - No właśnie... a oni mnie nie widzą. Mogłabym wejść na drogę i nikt by mnie nie zauważył. Nikt. Zostałaby ze mnie mokra plama, ale i tak nikt by się nie obejrzał. Może jutro rano, jakby przejeżdżał tędy jakiś rowerzysta pomyślałby, że zdechł tu jakiś kot, albo pies... - Co ty mówisz? - on się oburzył. - Jak możesz coś takiego mówić? - Ty pytasz... Po co pytasz? I tak nie chcesz znać odpowiedzi. Nikt nie chce znać. - Ja chcę, bardzo. Tylko chodźmy stąd, porozmawiajmy gdzieś indziej, nie tutaj, błagam. Ona uśmiechnęła się tylko do siebie. - Nic cię nie obchodzą moje słowa. Chodzi ci teraz o to, żebym poszła za tobą, żebym uległa, żebym już nie biegła. To co powiem wpadnie jednym uchem, wypadnie drugim. Tak jest zawsze. - Nieprawda! - Nie? To powiedz coś, przypomnij coś sobie... coś, co ci wczoraj powiedziałam... On przełknął ślinę. Nerwowo. Widać było jak szuka czegoś, czegoś co ona mu powiedziała. - Widzisz... ty nie wiesz, nie pamiętasz. Bo nie zauważasz mnie. Widzisz tylko siebie i czubek swojego nosa. - Zamknij się! - Uderz mnie. Uderz! Niech chociaż poczuję ból, fizyczny, dotkliwy. Bo ja już nie mam nic, nic, rozumiesz? - łzy płynęły po jej twarzy. - Masz tak wiele... Zrozum, ja cię kocham... - Czym jest miłość? - przerwała mu - Co po niej zostanie? - A czy musi coś zostawać?! - Nie musi. Ale jeśli nie można czegoś dotknąć, ani nijak zachować, to czy to istnieje? Nie musi, prawda? Mnie nikt nie dotyka, nawet ty, ja umarłam... - Ale teraz jesteś tu. Nie muszę cię dotykać, żeby cię kochać. - Nic nie rozumiesz. Nic. Dotyk jest dla mnie powietrzem. Czy ty mógłbyś żyć bez powietrza? Nie! Dusiłbyś się - ona złapała się za gardło wydając przerażające, charczące dźwięki. - Dusiłbyś się jak zamknięty w słoiku chrząszcz, jak topielec... ja jestem taki topielcem. Mam białe ciało jak rybie mięso, ale nie mam skrzeli. Potrzebuję powietrza, dotyku... - Ale przecież wiesz, że nie mogę... - Nie chcesz! - cisnęła sycząco przez zęby. - Powiedz to w końcu, że nie chcesz mnie dotykać! - Nie mogę, nie potrafię, nie umiem... Jesteś ulotna jak chmura jasnego gazu... - Gadanie... Słyszysz mnie. Muszę mieć fizyczne ciało, skoro sprawiam, że powietrze drga, że powstaje dźwięk, mój głos... On podszedł do niej. Zbliżył swoją dłoń do jej dłoni i momentalnie zacisnął. Uścisk przeszył widmo niczym wilgotne powietrze i ręka zacisnęła się w pięść. - Widzisz? Nie umiem... - Bo ja umarłam. - Więc dlaczego chcesz uciekać? Dokąd? - Muszę biec. Chcę uciec. - Od kogo? - Od czegoś... zresztą nie zrozumiałbyś. Spójrz na siebie. Ty widzisz, patrzysz, ale nie potrafisz tego pojąć, nie potrafisz mnie dotknąć... Wyobraź sobie, że gwiazdy żyją pośród nas, że obłoki to ludzie. Widzisz je, ale nie możesz ich dotknąć... - Ale... - Nie, nie, moje kochanie, żadnych ale. One uciekają. Gwiazdy to dusze takie jak ja. Uciekamy. - Ale przed czym? - zapytał po raz kolejny. - Pamiętasz jak byliśmy dziećmi? Kiedyś na rogu był sklep z cukierkami... był, był, przypomnij sobie. Pamiętasz jak cię ukarała mama jak się przejadłeś słodyczami? - Pamiętam... zabrała mnie do tego sklepu kiedy nie mogłem nic jeść, kiedy byłem chory i powiedziała, że mogę zjeść wszystko na co będę miał ochotę... - Ale ty nie mogłeś tego zjeść! Nie mogłeś... Tak samo ja... Jestem w takim sklepie pełnym pyszności, ale nie mogę skosztować. Widzę tę słodycz, czuję ten słodki zapach... ale nie mam smaku... czas na mnie... - Ale dokąd? - Tam, gdzie są takie same dusze jak ja... tam, gdzie nikt nie może nikogo objąć, nikogo przytulić, gdzie nie czuje się ciepła ani zimna. Ujrzysz mnie na niebie. Módl się za mnie. - Poczekaj... Lecz Ona już nie czekała. Po prostu rozpłynęła się jak mgła, zniknęła w mroku ulicy, za rogiem. Czuł jej zapach, słyszał jeszcze jej głos, jej płacz, bezcielesny jazgot... Od czasu do czasu kiedy On wychodzi na taras czuje w powietrzu słodki zapach jej włosów. I widzi ją na niebie. I modli się. * * *
|
(c) 1999-2009 Agnieszka i Łukasz Jedynaści
|