www.jedynasty.com - Agnieszka i Łukasz Jedynaści



Łukasz Jedynasty

Kosztorys upiornych marzeń


       Tik, tik, tik, tik... Budzik tykał ospale, czekałem na jego cholernie wibrujące brzęczenie, ale chwila pobudki nie nadchodziła. Widocznie było zbyt wcześnie. Tik, tik, tik, tik... Zwykle kiedy wsłuchiwałem się w jego tykanie, nie słyszałem już niczego więcej. I nie mogłem zasnąć. Pieprzony złom, pomyślałem, kupię budzik elektroniczny a ten z niebywałą przyjemnością rozpieprzę młotkiem. Zapaliłem lampkę. Żarówka była słaba, najwyżej 25 wat, bo oświetlała tylko skrawek przestrzeni mojego pokoju, a właściwie to tylko krzesło, na którym leżały moje ubrania, pogniecione do granic gniotliwości, i mała, żółtka kartka. Znalazłem ją kilka temu na wycieraczce, przed drzwiami. Pomyślałem, że to pewnie znowu jakaś reklama pizzerii, która zaprasza na tanią ucztę - cztery placki z gównianym keczupem i zdechłymi rybami w cenie trzech i pół a do tego napój gratis, że też ludzie na to idą. Ale to nie było to. Przeczytałem reklamówkę na głos:

       - Teatr 'Gwiazda de Luxemburga' zaprasza na nocny spektakl: "Kosztorys upiornych marzeń". Wystąpią artyści związani z teatrem, a także wielce oczekiwani goście. Noc z 25. na 26. lutego, godzina 4:00.

       I dalej adres teatru i mapka, dla głupków, którzy nie znają tego zadupia, jeśli rzeczywiście ktoś taki istnieje. Odłożyłem kartkę na krzesło, zgasiłem światło z zamiarem zaśnięcia, by rano móc pójść do tej zasranej roboty. Z resztą szef zapowiedział, że będzie jutro urwanie dupy.

       Tik, tik, tik, tik...

       - W pizdu! - wrzasnąłem przez zaciśnięte zęby i kopnąłem ten tykający szajs.

       Budzik spadł na podłogę. Byłem spokojny... no prawie. Ułożyłem się do snu. Mijały minuty, czułem fizycznie, jak bardzo męcząca jest to noc. Tik, tik, tik, tik...

       - Nie zasnę, kurwa mać, nie zasnę...

       Zapaliłem światło. Oczy kleiły mi się, światło, choć gówniane, raziło mnie w oczy. W sumie pierwsze co zobaczyłem, to żółtą kartkę papieru, zadrukowaną słabej jakości tuszem, który gdzieniegdzie się rozmazał. Hm, a dlaczego by nie - zapytałem się w duchu, po czym wstałem. Naciągnąłem na siebie wygniecione dżinsowe spodnie, pośpiesznie zapiąłem koszulę. Miałem mamy problem z butami, ale po krótkich poszukiwaniach znalazłem je w kuchni, pod stołem. Wychodząc machnąłem budzikiem o ścianę tak mocno, że rozleciał się w drobny mak. Jedna z zębatek odskoczyła i wbiła się do połowy w zdjęcie Weroniki, mojej eks, wiszące na ścianie. To znak, pomyślałem, że czas zdjąć to badziewie i powiesić tam coś ładniejszego. Zostawiłem zapalone górne światło - lich nie śpi, jak mówią.

       Wóz zaparkowałem prawie pod samymi drzwiami teatru. Nie miałem problemów z trafieniem tam, choć, co tu kryć, mapka okazała się niezbędna. Kupiłem bilet - mała kartka, żółtego koloru, z nadrukowanym napisem KOSZTORYS UPIORNYCH MARZEŃ. Wszedłem na salę. Było niewiele osób, może z dwadzieścia? Tak, dwadzieścia, nie więcej. No ale pora była zabójcza - mogłaby, jak mi się wydaje, odstraszyć nawet największych koneserów teatru.

       A mi było już wszystko jedno. Była 3:50, siedziałem w miękkim fotelu i nie słyszałem tykania tego pieprzonego budzika. Mógłbym tam nawet zasnąć... Co chyba mi się udało na moment, bo gdy otworzyłem oczy sala wypełniona była po brzegi widzami, światło było już przyćmione... O nie, pomyślałem, w cholerę, skoro zapłaciłem sporo forsy za bilet, to obejrzę to dziadostwo, choćby miało być najgorszą paćką, jaką przyszło mi oglądać.

       Kurtyna poszła w górę.

       Ku mojemu zdziwieniu nic się nie ukazało. Za kurtyną była tylko ciemność. Totalna, ablsolutna ciemność, choć wydawało mi się, że jupitery powinny ją ostro przeświecać, no chyba że ktoś wkręcił żarówki tak dupne jak w mojej lampce... Coś zaczęło szumieć, jakby woda. Zastanawiałem się, czy to może ktoś w kiblu, przez ścianę, ale ten dźwięk stawał się coraz głośniejszy. I głośniejszy. Początkowy szum strumyka przemienił się w ryk wodospadu.

       Rozejrzałem się w około. Zląkłem się, bo nikogo tam nie było. Sala, która przed chwilą pękała w szwach od widzów, opustoszała zupełnie. Siedziałem sam, przed wielką, ciemną sceną w głośnym szumie, zagłuszającym nawet moje myśli. Choć może to i lepiej, bo inaczej chyba zesrałbym się ze strachu.

       Siedziałem i czekałem, by coś w końcu nastąpiło. A tu nic! Zgasły światła, szum ucichł. Słyszałem tylko charczenie powietrza w moich płucach. Ciemność, całkowita ciemność. Nawet nie wiedziałem jaka może być upiorna... Wtem zapaliło się kilka reflektorów. Sala znów była pełna ludzi, szumiących szeptami głośniej niż ten koszmarny wodospad sprzed paru chwil. Ledwie widoczna dłuższa wskazówka mojego zegarka była dokładnie na 12. 4:00. Powinno się zacząć. W pizdu, ludzie, zaczynajcie bo wszyscy tu uśniemy, cisnęło mi się na usta, ale siedziałem cicho - nie chciałem być uznanym za analfabetę, niepotrafiącego zrozumieć artystów...

       - Grajcie do diabła! - rzucił ktoś spod samej sceny. W sumie mógł tego nie wypowiadać.

       W każdym razie zaczęło się, raptem z dwuminutowym opóźnieniem. Na scenę wyszedł mężczyzna, ubrany w szarobury garnitur i zaczął paplać coś o sztuce, jej roli, by potem bełkotać przez bite 10 minut o przeznaczeniu człowieka i roli złych snów w jego życiu. W końcu skończył, ukłonił się - oczywiście prawie nikt nie bił braw, słusznie - i zszedł ze sceny.

       No i zaczęło się. Tym razem na dobre. Światła ponownie zgasły, sala wypełniała się słodkim w smaku, sztucznym dymem. Poczułem jakiś dziwny dreszczyk: ten tytuł, mgła, jakaś tajemnicza atmosfera, pora, ciemność... I nagle błysk. I huk. Myślałem, że zaliczę glebę, ale udało mi się przytrzymać poręczy. Scena wypełniła się płomieniami, najprawdziwszymi. Poczułem swąd dymu - tym razem nie słodki pyłek, ale obrzydliwy odór palonych włosów. Zachciało mi się rzygać.

       Rozejrzałem się wokół - ciemność sali znów świeciła pustką, byłem tam sam. A mimo to czułem, że ktoś tam jeszcze był. Patrzyłem na płomienie, nie mogąc się ruszyć w żadną stronę, jakby coś trzymało mnie w tym pieprzonym fotelu. Dym szczypał w oczy, gryzł w gardle tak, że odechciało mi się palić. Płomienie wylewały się, jak wodospad opadały na pierwsze rzędy siedzeń. Och kurwa, pomyślałem, jak dobrze, że siedzę w środku.

       Nagle mój fotel zaczął przesuwać się w stronę płomieni, jak gdyby coś lub ktoś czytało w moich myślach. Rzędy rozsuwały się przede mną, jak jakieś pieprzone morze przed Mojżeszem. Ale ja nie czułem się Mojżeszem, choć może i zacząłem się modlić, by ogień zamienił się w wodę, by znikł, w pizdu, by po prostu znikł...

       Byłem o włos od ściany ognia, chciałem wrzeszczeć, najgłośniej jak tylko mogłem, ale coś odebrało mi głos. Z moich ust wydobywał się tylko zduszony szept, przypominający beczenie barana. Miotałem się, machałem rękami, ale na nic - jakiś skurwiel posmarował fotel klejem, pomyślałem. Fotel przejechał przez ścianę ognia i wjechał w ciemność. Ku mojemu radosnemu zdziwieniu byłem cały, nawet palca sobie nie poparzyłem.

       Ostre światło przedarło się przez okalająca mnie ciemność... Och kurwa, ile przekleństw przetoczyło się przez moją głowę - nie zliczyłby nikt. Byłem po szyję w bagnie. Mazista substancja kleiła się jak gówniane deserki dla dzieci, reklamowane do aż zrzygania w telewizji. Tylko że ta, w której siedziałem, była czarna jak węgiel. Za mną była ściana ognia, przede mną ciemność, a ja siedziałem po szyję w jakimś gównie. Wymarzona noc... Z trudem uniosłem tyłek z fotela, ale udało się. To bagno przypominało swoją konsystencją zbyt rzadki kisiel, który lepił się do wszystkiego. Zrobiłem jeden krok, potknąłem się o coś, jakieś wzniesienie. Postawiłem na tym czymś obydwie nogi. Kolejny krok - znów to samo. Po chwili dotarło do mojego łba, że to najzwyczajniejsze schody! Rozochocony wygramoliłem się z tego gówna i stanąłem na czymś, co mógłbym nazwać brzegiem, gdyby nie fakt, że nie różniło się to niczym od tego, z czego wylazłem przed momentem - po prostu powierzchnia tej kisielowatej mazi była twarda, jak gdyby była wyłożona marmurem. Podszedłem do ognia. Powiewy gorącego powietrza osuszały ślady, jakie zostawiała galaretowata substancja z moich butów.

       Po chwili byłem już suchy, zupełnie suchy, jakbym przed chwilą wszedł na salę, jakby nic się nie stało. Zorientowałem się, że to, na co wylazłem, jest sceną. Sceną teatru, na którym miał być wystawiony spektakl.

       Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. W pizdu, pomyślałem, nie przedrę się tam. Pobiegłem więc w drugą stronę. Jednak w ten zasranej ciemności nie mogłem znaleźć jakiegokolwiek wyjścia. Szedłem w głąb sceny, która wydawała się nie mieć końca.

       - Hej! - krzyknąłem. - Jest tutaj kto?!

       Cisza.

       - Czy może ktoś wie gdzie jest wyjście?!

       Cisza.

       - Pomocy!

       Cisza. Nic prócz coraz bardziej odległego wycia płomieni. Nagle na coś wpadłem, na coś miękkiego, aksamitnego. Domyśliłem się, że to jeszcze jedna kurtyna. Zacząłem pospiesznie szukać przejścia. Bez skutku. Nie było żadnej przerwy, żadnego wyjścia z tej matni. Próbowałem unieść to dziadostwo, ale było cholernie ciężkie jak z ołowiu. Wtem usłyszałem dziwne tykanie: tik, tik, tik, tik...

       Ogień rozlał się po suficie, poczułem jego żar. Druga kurtyna zajęła się, płomienie otaczały mnie ze wszystkich stron. Czułem, że płonące ścierwo zaraz na mnie spadnie, że umrę w męczarniach. Pochyliłem się maksymalnie, skuliłem się i wtedy zobaczyłem żółtą kreskę na aksamitnej ścianie kurtyny. To była droga, prywatna droga. Tam właśnie miałem dokonać pieprzonego wyboru - zostać i zginąć bez ryzyka, czy zaryzykować i być może zginąć w jeszcze większych męczarniach, albo przeżyć... Chyba nie zastanawiałem się długo, bo zaraz wlazłem w tę dziurę... Czułem, jak mija zagrożenie, jak zostaje po tamtej stronie kurtyny...

       Byłem za drugą zasłoną...

       Myślałem, że umrę. Stanąłem niedowierzając, przecierając oczy. To był mój pokój. Ściana, przez którą przeszedłem kołysała się, falowała, jak gdyby była nie z gipsu, ale z płótna. Pokój napełnił się gryzącym dymem, przedzierającym się ze sceny przez znikającą szparę w ścianie. Światło by w pokoju paliło się. Łóżko było rozwalone, jak zawsze, na podłodze walały się różne śmieci, a wśród nich części od mojego budzika. Spojrzałem na ścianę. W portrecie Weroniki tkwiła półtoracalowa miedziana zębatka. Wyjrzałem przez okno. Tak jak myślałem, mojego samochodu tam nie było... Tylko na krześle leżała mała, żółta kartka, widać, że nietknięta.

       Nawet nie ściągałem ubrań. Położyłem się szybko do łóżka i leżałem tak do rana, trzęsąc się jak galareta i rozmyślając - jak, kurwa mać, jak to możliwe! Nie poszedłem do pracy, nie miałem sił. Następne noce były coraz bardziej normalne, ale nie do końca. Co prawda znajdowałem jeszcze kilka razy zaproszenia do teatru 'Gwiazda de Luxemburga', ale już nigdy nie zabierałem ich do domu. Budzik kupiłem elektroniczny.


* * *


(c) 1999-2009  Agnieszka i Łukasz Jedynaści