www.jedynasty.com - Agnieszka i Łukasz Jedynaści



Łukasz Jedynasty

Michele


       Ta noc była przerażająca sama w sobie. Las wydawał się ciemny jak nigdy dotąd. Mdły zaduch uderzał w nozdrza. Słyszałem głośne dudnienie mojego serca, dla którego tłem była absolutna cisza, przerywana od czasu do czasu szumem opadających liści... Szedłem przed siebie z zakniętymi oczyma, na wyczucie, by nie uderzyć w żadne drzewo. Zza pleców dochodził mnie delikatny akompaniament szeptów - nie miałem pojęcia, czy to był śpiew nimf poszukujących swoich zagubionych w czasie kochanków, czy to tylko wicher grał na harfie zeschłych gałęzi... Starałem się oddychać powoli przez nos, by mroźne powietrze nie zdołało zbyt szybko wyziębić mojego ciała, opiętego zimną, niewygodną kolczugą, która nie nadawała się na takie nocne eskapady... Ziąb przeszywał całe moje ciało. Starałem się nie myśleć o zimnie, ale im usilniej starałem się nie pamiętać skostniałych dłoniach, tym bardziej o sobie przypominały.

       Coś bezszelestnie przeleciało nad moją głową, coś dużego, a jednocześnie unoszącego się w powietrzu z gracją motyla. Serce przyspieszyło nieznacznie. Czułem, że słabnę... Wiatr począł delikatnie muskać moje włosy. Czułem mgłę - gęstą mleczną chmurę wiszącą nad ziemią... Wiedziałem, że w każdej chwili może nadciągnąć burza, a wtedy być może nigdy nie dotarłbym do zamku i nie mógłbym przekazać królowi wieści o rozbiciu linii obrony na zachód od Amaroehun, a tym samym nie miałbym szansy zostać rycerzem... Zawsze pragnąłem poczuć dotyk chłodnej stali na ramieniu... Choć każda myśl o chłodzie wyciskała z moich oczu łzy.

       Cały czas ktoś ze mną był, czułem to. Ktoś lub coś krok w krok podążało moim śladem... Bałem się odzywać, by nie prowokować tego czegoś do ataku. Bujna wyobraźnia podrzucała różnorakie stwory ze starych, rycerskich opowieści. Czerń niepojętej ciemności lasu nie była dla mnie czystą czernią - przed moimi oczami pojawiały się trójgłowe psy, wampiry i wilkołaki, skąpane w morzu krwi... Znowu szepty. Kolejna chwila zwątpienia. Chyba nie powinienem... Jeśli boję się szumu lasu to nie jestem godzien prawdziwego rycerstwa - pomyślałem. To prawda, podstawowymi cechami rycerza są męstwo i odwaga, a ja tak szybko poddałem się wizjom powstającym w mojej wyobraźni. W tym wypadku moje męstwo polegało tylko na tym, że zdobyłem się na tę wyprawę... Ale kto miał iść, jeśli nie ja? Wszak cały oddział piechoty rozbity i tylko dobry Bóg wiedział wtedy jak nikły odesetek naszych żołnierzy przeżył a ilu chłopców poniosło niehybną śmierć broniąc dostępu do twierdzy w Amaroehun. Widziałem... Martwe ciała, były wszędzie! W oczach wezbrały się łzy, ale nie płakałem, nawet na wspomnienie krzyku Roberta, któremu jeden z tych łotrów odrąbał nogę. To raczej pobudzało we mnie złość i jeszcze bardziej wzmagało nienawiść do skurwieli z Aran...

       Niespodziewanie zerwał się porywisty wiatr, który sprawił, że milczące dotąd potężne drzewa poczęły szumieć na tyle głośno, że nie słyszałem już złych myśli... a przynajmniej tak mi się wydawało. Miałem szczęście, że to nie był żaden gąszcz młodych sosen czy świerków, a stary las, w którym rosły stosunkowo młode buki i smukłe brzozy, które teraz niczym ponętne damy dworu rozmawiały i cichutko plotkowały za plecami swoich mężów - dębów, potężnych władców lasu. Z młodnika nie wydostałbym się nigdy. Szczególnie tej nocy, gdy księżyc i wszystkie gwiazdy ukryte były za grubą pierzyną deszczowych chmur. Przez kilka ostatnich dni nieprzerwanie padało, ale dzięki temu mogłem iść praktycznie bezszelestnie - ziemia była mokra i nie było słychać szelestu liści...

       Po kilku chwilach wiatr ucichł, drzewa przestały śpiewać... Ponownie usłyszałem coś jakby szepty, tym razem wydawało mi się, że słyszę jakieś ludzkie słowa... To nie może być szum wiatru - pomyślałem - przecież nic nie wieje! Tak bardzo pragnąłem być już poza lasem, z dala od tego przerażającego miejsca... Tak bardzo chciałem, by choć marny robaczek świętojański oświetlił mi drogę, ale jedynymi rozbłyskami były te, powstające w mojej głowie w rytmie pulsującej w żyłach krwi. Szept umilkł na moment. Z trudem przełykałem ślinę przez ściśnięte strachem gardło. Usłyszałem kroki. Ktoś delikatnie stąpał po leśnym runie, ale w tej ciszy nie dało się tego nie usłyszeć. Byłem pewien, że nie jestem tam sam... Kobiecy głos zza moich pleców wyszeptał imię mojej narzeczonej. Michele... W jednej chwili powróciły wspomnienia. Zatraciłem się w nich. Ręka odruchowo zacisnęła się na rękojeści miecza, który niecierpliwie czekał zemsty na Rycerzach Północy - hordzie zbuntowanych przeciwko królowi rycerzy, którzy siedem lat temu brutalnie mordowali całe wioski, w tym także Lakeehun, gdzie mieszkała moja Michele. Jej rodzinę dranie spalili żywcem, ona jako jedyna uciekła. Zginęła biegnąc do sąsiedniej osady w poszukiwaniu pomocy. Jej serce przeszyło lodowate ostrze miecza... Znalazłem ją, na wpół nagą leżącą na poboczu kamiennej drogi. Była cała we krwi, na policzkach widać było ślady zaschłych łez. Oczy miała zamknięte, wyglądała tak niewinnie, słodko, jak gdyby pogrążona była we śnie... W zaciśniętej dłoni trzymała zasuszony kwiat - różę, niewątpliwie tę, którą ofiarowałem jej w dzień, kiedy odważyłem się klęknąć przed nią i poprosić ją o rękę. Oberwany, pomarszczony pąk leżał w kałuży, dwa kroki dalej... W kałuży. Zniszczony, zabity... Boże! Nie wiem jak mogłeś do tego dopuścić?! Michele... taka młoda, taka niewinna... Dlaczego?! Boże!!! Michele... tak bardzo mi Ciebie brakuje... Wciąż czuję ciepło jej dotyku, kojącą barwę głosu, oczy... Boże!!! To zimne, martwe spojrzenie... jest ze mną wszędzie... Trzymam Cię, kochanie... Michele, obudź się! Nie, nie umieraj, jestem przy Tobie! Skarbie, moja malutka księżniczko, proszę, nie... nie!!!... Czy moja głowa to echo? Wciąż słyszę swój powracający krzyk... Nawet teraz... Poprzysięgłem, że zabiję wszystkich tych skurwieli, nie bacząc na prawdopodobieństwo tego, że to akurat ten a nie kto inny mógł zabić moją ukochaną... Moją malutką, najsłodszą Michele...

       Do śmierci Michele nie chciałem walczyć. Marzyłem o małym, skromnym domku i kawałku ziemi, z którego moglibyśmy się utrzymać... Marzyłem o dzieciach biegających dookoła... naszych dzieciach... Co mi pozostało? Jedynie nienawiść do tych morderców i żądza zemsty. Pragnę widzieć ich krew spływającą po ostrzu mojego claymore'a. Pragnę słyszeć ich przeraźliwy krzyk... Tylko to jest w stanie oczyścić moją duszę z bólu... To ona nauczyła mnie jak być szczęśliwym. Ona nauczyła mnie jak pisać, jak czytać... jak żyć... Dzięki niej dowiedziałem się czym jest miłość. Teraz wiedz, że nie jest to jedynie chęć bycia z kimś, ale przede wszystkim kochać znaczy tyle, co pozwalać ukochanej być taką, jaka jest, nie oczekiwać zmian...

       Nigdy nie wybaczyłem sobie ostatniego wieczoru w towarzystwie Michele. Gdybym wiedział, że to tak się skończy... Nie, wtedy po prostu zabrałbym ją do siebie. Nigdy nie powinienem jej tak traktować. Byłem zazdrosny o każdego mężczyznę, który przeszedł obok niej, o każdego, kto się o nią otarł. Stale jej przypominałem, że jest piękną kobietą i musi uważać... Doprowadzało ją to do furii - może dlatego, że tak często do tego wracałem? Ale nie potrafiłem zwalczyć w sobie przekonania, że prędzej czy później odejdzie ode mnie... do kogoś lepszego, kogoś bardziej idealnego, kogoś, kto nie miałby złudzeń ani koszmarów co noc. Z kimś takim byłaby szczęśliwa - myślałem. Tego wieczoru, gdy musiałem już wracać do swojej osady, wsiadając na konia powiedziałem coś, co do dziś nie może przebrzmieć i wciąż powraca echem w mojej głowie... Zgubiłem wtedy gdzieś rozum i, co gorsza, nie byłem świadomy tego, że go zgubiłem. Powinienem zawrócić i przeprosić ją. Nie zrobiłem tego...

       Poczułem wilgoć w oczodołach. Nie chciałem płakać, nie chciałem się nad sobą rozczulać. Miałem do wykonania zadanie... Chyba Bóg był tej nocy ze mną, mimo iż każdego dnia bluźniłem i nazywałem go największym złodziejem ludzkiego szczęścia, mordercą... Teraz wiem, że źle myślałem, że to nie Bóg odebrał mi miłość, ale ta banda barbarzyńców. Pomimo zwątpienia, zawsze przy sobie miałem srebrny krzyż w chromowym okręgu, który znalazłem przy ciele siostry Michele, ale nigdy nie wierzyłem w jego moc. Dla mnie większe znaczenie miała chustka, jaką Michele podarowała mi kiedyś w dowód miłości... Mimo iż nie wierzyłem w moc amuletów, zawsze miałem ją przy sobie. Ściskając ją, codziennie rozmawiałem z Michele. Pytałem co u niej słychać i prosiłem ją, by na mnie czekała...

       Przez coraz cieńszą warstwę chmur przebijało słabe światło Księżyca. Mogłem już zobaczyć swoje dłonie, ale wciąż nie widziałem gdzie jestem i czy w dobrą stronę podążam... Krzyk! Pamiętam krzyk... przeraźliwy, zza moich pleców. Ciarki rozeszły się po całym ciele. Bałem się, bardzo.

       Poczułem dziwną woń. Jak gdyby ktoś zmieszał przegniłe, butwiejące liście z zapachem ciepłego mleka. Czułem ciepło, osunąłem się na moment na kolana, moja twarz wylądowała w jakiejś gęstej cieczy. Była ciepła, nie miałem sił, by się podnieść. Tak mi tu dobrze, pomyślałem. Zapach był coraz mniej dokuczliwy, nie drapał już w gardle a jedynie mięciutko kołysał do snu... Coś poczęło mnie wciągać pod ziemię... Zasnąłem.

       Gdy po chwili otworzyłem oczy, wiatr zdążył już przegonić wszystkie chmury. Księżyc był w pełni i dokładnie oświetlał polanę, na której stałem. Delikatna mgła unosiła się tuż nad ziemią. To ona roznosiła ten przedziwny zapach. Domyśliłem się, że to nie jest normalna mgła. Miała lekko różowawe zabarwienie. Podążałem za światłem, które dochodziło zza wzgórza. Myślałem, że to jest łuna nad zamkiem... Myliłem się... Uważam, że tego, co ujrzały moje oczy nie widział przedtem żaden żyjący człowiek. To był staw - pozornie taki, jak wszystkie inne stawy... z tą różnicą, że to właśnie on był źródłem tego różowego światła.

       - Czekałam tu na ciebie... tyle lat... - usłyszałem słodki, kobiecy głos.

       Choć zachwyt przeplatał się ze strachem, obróciłem się i ujrzałem. Michele. Nie potrafiłem wydusić z siebie żadnego sensownego słowa.

       - Już dobrze, mój książe, jestem przy tobie... - jej słowa odbiły się od ciemnej ściany lasu.

       Ruszyła w moją stronę. Serce poczęło bić mocniej - nie wiem, czy to nie był strach. Podeszła. Położyła swoją ciepłą dłoń na moim ramieniu i wskazała na staw. Wyglądała tak pięknie. Miała na sobie tę sukienkę, którą dzień później podarła uciekając przez śmiercią... Chwyciła moją dłoń i ścisnęła ją bardzo mocno, chyba chcąc udowodnić mi, że nie jest wytworem mojej wyobraźni. Weszła do wody. Zdziwiło mnie to, że nie uderzyło jej porażające zimno wody o tej porze roku... Coś mnie tknęło. Zanurzyłem się - woda była przyjemnie ciepła i miała taki wspaniały zapach - leśne konwalie i świeże, ciepłe mleko...

       Wkroczyłem w zupełnie obcy mi świat, tak bardzo nierealny i piękny zarazem. Czułem jej ciepłą dłoń na swojej dłoni... Tak mi tego brakowało. Przez tyle lat każdej nocy płakałem z utęsknienia i żalu, prosiłem Boga by zabrał mnie do niej... jak najprędzej, jak najszybciej... Rozejrzałem się wokół. Nie było nikogo - tylko my, zawieszeni w mlecznej pustce. Tylko my...

       - Gdzie jesteśmy? - spytałem, ale tylko po to, by sprowokować ją do mówienia... uwielbiałem barwę jej głosu...

       - Nie wiem. Nigdy przedtem tu nie byłam... Boże! - krzyknęła i rzuciła mi się na szyję - Jak ja za tobą tęskniłam...

       Z jej stalowoniebieskich oczu poczęły płynąć łzy. Nie byłem pewien, czy to łzy szczęścia, czy tylko odreagowanie tęsknoty. Coś ściskało moje serce... Pragnąłem tu zostać, już na wieki z Michele... Była piękna jak zawsze. Jej półdługie, złote włosy opadały na odkryte ramiona. Były niczym smugi świeżego spojrzenia słońca... Oczy lśniły niczym dwa roziskrzone płomienie. Jeszcze nigdy nie widziałem jej takiej szczęśliwej...

       - Czy wiesz, po co cię tu przywiodłam? Pamiętasz, o czym oboje marzyliśmy? - spytała zatapiając swoje palce w moich włosach. - Pragnę, byś został moim mężem... Zostaniesz moim mężem?

       To pytanie zaskoczyło mnie. Tak, pragnąłem tego, bardzo, ale... Nie wiedziałem co powiedzieć. Po jej śmierci coś we mnie pękło. Pragnienie bycia z Michele przerodziło się w furię, w dziką pasję, która wypełniła całe moje życie - w pragnienie walki w obronie wolności. Od chwili, gdy złożyłem na jej czole ostatni pocałek minęło już siedem lat. Mój sposób myślenia zmienił się... ja się zmieniłem. Byłem zwykłym chłopem, teraz miałem stanąć przed samym Robertem I i zostać rycerzem... W sercu dotychczas czułem pustkę - było niczym stara, opuszczona lisia nora, która zarosła pajęczynami i poczęła się walić. Była ciemna i zimna, a każdy, kto by się tam znalazł zacząłby się dusić z braku powietrza... Pogodziłem się z jej śmiercią. Po dwóch latach walki z cieniami pogodziłem się. Tym bardziej nie wiedziałem co o tym myśleć... Spojrzałem w jej oczy, dwa szkliste szmaragdy i zrozumiałem, że nic się nie zmieniło, że ona rzeczywiście przez ten czas czekała na mnie. Tylko na mnie.

       - Pragnę być twoim mężem... - powiedziałem, ale nie bez wahania. - Tylko w ten sposób będę mógł zaznać szczęścia.

       - Więc zamknij oczy, skarbie... Zamknij oczy...

       Zacisnąłem z całych sił powieki. Czułem jej dotyk na swojej skórze, ciepło jej oddechu, zapach mokrych włosów. Jej ręka osunęła się na moją, palce splotły się i poczęły tańczyć w powietrzu niczym dwie ważki targane wiatrem... Nagle moje oczy poraziło silne światło. Przebijało się przez powieki, odruchowo zasłoniłem oczy ręką. Michele ścisnęła moją dłoń, potrząsała nią dając mi do zrozumienia, żebym się uspokoił, że wszystko jest w porządku... Z trudem otworzyłem oczy. Byliśmy w jakimś małej, przytulnej kapliczce. Światło przesączające się przez witraże było bardzo jasne, ale miało przyjemny, ciepły odcień. W powietrzu czuć było zapach świec i palonych ziół. Spojrzałem na nią. Miała na sobie białą suknię, przepiękną w prostocie kroju. Nie była taka jak te, które oglądałem na dworskich ślubach. Nie było tu przepychu, bogactwa, ale skromność i może to mnie tak bardzo ujęło? Na głowie miała wianek z błękitnych polnych kwiatków, które wspaniale komponowały się z kolorem jej oczu, które wciąż lśniły, niczym dwa szlachetne kamienie... Spojrzała na mnie, jej twarz rozświetlił uśmiech. Podeszła do mnie:

       - Czy masz...

       - Mam! - przerwałem jej w pół zdania. - Oczywiście, że mam. Zawsze miałem ją przy sobie...

       Wyciągnąłem chustkę i położyłem jej na dłoni... Za chwilę do kaplicy wszedł kapłan...

       - Oto biorę sobie Ciebie, moja ukochana Michele, a by Cię mieć i zachować na dolę, piękną i szpetną, najlepszą i najgorszą, we dnie i w nocy, w chorobie i zdrowiu, albowiem sercem całym Cię miłuję i przysięgam miłować wiecznie, póki śmierć nas nie rozłączy...

       Michele wypowiedziała owe magiczne zaklęcie, na naszych palcach zabłysły złote obrączki i staliśmy się jednością przed obliczem Boga.... Moje usta zbliżyły się do jej ust i poczułem prawdziwą słodycz. Nie myślałem, że kiedykolwiek będę w stanie odczuć cokolwiek innego niż gniew i nienawiść, a teraz moje serce było po brzegi wypełnione szczęściem.... Boże! Widziałem to w jej oczach... i nie chodzi tu tylko o łzy, ale o radość i spełnienie - emanowała wokół siebie najpiękniejszymi emocjami...

       Rozmawialiśmy. Tak długo, tak otwarcie jak nigdy dotąd... Wiedziałem, że zawsze była ze mną, czułem to. Słyszałem jej kroki, nocą słyszałem jej szept: "Śpij, malutki". Wiedziałem, że mnie widzi... Chciałem ją zapytać o to, kto zadał jej śmiertelne pchnięcie, ale powstrzymałem się nie chcąc roztrząsać tak dawnych wydarzeń. Wydawało mi się, że minęły wieki od kiedy przybyłem do tego dziwnego miejsca... Wiedziałem, co nas teraz czeka. Michele uśmiechała się, choć w jej głosie pobrzemiewała nutka strachu... Pragnąłem jej i czułem, że ona pragnie mnie tak samo mocno. Dotknąłem jej twarzy. Michele spuściła głowę... Ja też się bałem, ale starałem się nie okazywać tego - miałem dodawać jej odwagi, a nie potęgować jej strach.

       Moje usta spoczęły na jej ustach. Pełnych i zmysłowych. Dotknęłem jej ramion. Miała tak niesamowicie gładką skórę... Zamknąłem oczy, na chwilę, a gdy je otworzyłem Michele już nie było przy mnie. Byłem sam, jak palec, w ciemnym, obcym lesie. Było mi zimno, roztrzęsiony wstałem i ruszyłem w poszukiwaniu zamku. Potwornie bolała mnie głowa... Zaczęło już świtać... Cholera, którędy do zamku, pomyślałem i wtedy przypomniał mi się sen o Michele. Żałowałem, że nie kochaliśmy się, albo, że nic z tego nie pamiętam. Zawsze marzyłem o tym, że ją kiedyś spotkam... Kto wie... Najpierw muszę zabić tego, kto mi ją odebrał, moją kochaną, malutką Księżniczkę... Na razie jestem tu sam, pośrodku tego cholernego lasu i tylko Bóg najjaśniejszy wie, czy będę w stanie się stąd wydostać. Mam nadzieję, że pomoże mi ta mała, szara chustka i lśniąca w świetle księżyca złota obrączka. Choć nie wierzę ani w magię, ani w moc amuletów... Ale czymże jest mój claymore, jeśli nie amuletem właśnie?


* * *


(c) 1999-2009  Agnieszka i Łukasz Jedynaści